Overtime: Brooklyn Nets w gazie

Marta Kiszko Felietony Overtime Strona Główna 1

Brooklyn Nets przestali być już tylko klubem z fajnymi koszulkami, którymi puszczają oko do wszystkich fanów east-coastowego oldschoolowego rapu. Ten zespół to przykład tego, jak jednym ruchem można utopić organizację na lata, a z drugiej strony też przykład, jak mądrze budować skład bez obecności wielkich nazwisk, jednej gwiazdy, na barkach której spoczywa cała odpowiedzialność za wyniki. Cierpliwość popłaca. Brooklyn, robicie to dobrze!

Wcale nie o Nets miałam pisać swój pierwszy tekst po przerwie, ale ostatni mecz z Lakers zainspirował mnie do tego, aby mój wybór padł nie na rywala – skądinąd bliskiego mojemu sercu – a właśnie gospodarzy tego spotkania. Nets zaliczają fenomenalną serię zwycięstw, ich koszykówka cieszy oko, bo organizacja wreszcie poradziła sobie z bałaganem post-Billy-Kingowym. Ten sezon miał otwierać nowy rozdział. Nets nieśmiało mieli odkrywać nowe karty i z meczu na mecz pokazywać coraz więcej umiejętności indywidualnych i zespołowych. Mieli udowadniać, że w NBA warto być cierpliwym zwłaszcza, gdy wszyscy już dawno zapomnieli o jakichkolwiek oczekiwaniach względem twojego zespołu. Tymczasem Brooklyn nie tylko potwierdza wszelkie przewidywania, że to moment, kiedy stanęli na nogi i są na właściwym torze, ale swą grą rozpoczęli narrację, która zawiera jedno słowo. To najważniejsze dla każdego z klubów NBA. Playoffy!

Nie będę wystawiać tu Nets żadnej laurki. Ten kwartał otwierający sezon NBA w ich wykonaniu to niezły rollercoaster. Najpierw Caris LeVert doznaje kontuzji i wygląda to naprawdę przerażająco, potem Brooklyn zalicza niechlubną serię ośmiu porażek z rzędu (w tym pięciu z rzędu u siebie), by ostatecznie odrodzić się niczym feniks z popiołów i przypieczętować siódmą kolejną wygraną. Nets są na fali wznoszącej. Pokonali mniejszych graczy takich, jak Hawks (144 punkty; słownie: sto czterdzieści cztery punkty!), czy znajomych z Knicks, ale wymierzyli też boiskową sprawiedliwość Raptors, Lakers, czy Sixers.

To najbardziej dobitna odpowiedź zespołu, jaką moglibyśmy sobie wyobrazić po serii ośmiu wtop z rzędu i tym samym też swego rodzaju ich mały manifest, że do drzwi fazy post-sezonowej puka kolejny zespół, który na początku przecież wcale nie był brany pod uwagę. Nie wiem na ile, to PR-owo przygotowana odpowiedź, ale Nets od początku sezonu zapowiadali, że nie będą tankować. Dlatego też na przestrzeni tych ośmiu porażek z rzędu powróciła narracja o – dosłownie i w przenośni – dołującym Brooklynie, czemu – z oczywistych względów – zawodnicy i trener kategorycznie zaprzeczyli. Jednak czytając te wszystkie wypowiedzi trudno im po prostu nie wierzyć. A tym bardziej oglądając ich teraz na parkiecie, gdy właśnie zaliczają najdłuższą serię zwycięstw w historii tej organizacji.

Kenny Atkinson i spółka odrobili lekcję po rozczarowującym spotkaniu z Oklahomą City Thunder i poukładali grę tak, aby jak najbardziej zminimalizować stratę ich głównego scorera, Carisa LeVerta. Sprawy w swoje ręce wziął duet rozgrywających – D’Angelo Russell i jego zmiennik Spencer Dinwiddie, który dzięki 39 punktom odesłał z kwitkiem Philadelphię 76ers na własnym parkiecie, by dzień później podpisać trzyletnie przedłużenie kontraktu z drużyną.

Ja jeszcze długo będę pamiętać tę trójkę DLo na dwadzieścia parę sekund przed gwizdkiem sędziego, która zamknęła mecz przeciwko Lakers. Trójkę tego samego DLo, który parę sezonów temu grał dla Los Angeles, a moim głównym zarzutem w jego stronę było wtedy to, że musi jeszcze sporo sobie poukładać w głowie i przestać się tak podpalać (vide Brandon Ingram AD 2018). Obserwując Russella w trykocie innego zespołu to zupełnie inny zawodnik. Dojrzalszy, z bardziej wyśrubowaną wizją parkietu, „lżejszą” głową, większą pewnością siebie i przede wszystkim ze wsparciem dużo lepszego trenera, który potrafi widzi i potrafi wykorzystać potencjał swojego rozgrywającego. Szczególną uwagę warto zwrócić na to, jak fajna i naturalna chemia wytworzyła się między DLo i Jarrettem Allenem, którzy w mojej ocenie tworzą jedną z ciekawszych pick-and-rollowych par w lidze. To na nich w dużej mierze opiera się ofensywa Nets (12 w lidze), bazująca spacingu, by wykorzystać każdą lukę w obronie przeciwnika.

Tutaj jednak nie tylko Allen, Russell i Dinwiddie grają dobrą koszykówkę. Choćby świetnie sprawdza się inteligentny Joe Harris, którego kolega z zespołu Jarred Dudley nazywa nowoczesnym JJ-em Redickiem. Rzeczywiście coś w tym jest, bo Harris bardzo dobrze gra bez piłki, ścina po zasłonach, by kończyć akcje pod koszem. Próbka tego tutaj:

Mimo, że gra Brooklyn Nets znacznie się poprawiła względem ubiegłych sezonów, to nadal Kenny’ego Atkinsona i zespół czeka jeszcze sporo pracy. Przede wszystkim muszą nauczyć się utrzymywać prowadzenie, bo – o ile udaje im się kontrolować przebieg większości spotkania – tak łatwo tracą wypracowaną przewagę, a czwarte kwarty w ich wykonaniu to typowe nail-bitery dla kibiców tego klubu. Nets muszą pamiętać o tym, że wygrywają jako drużyna, a nie indywidualności na parkiecie. Podczas tej serii zwycięstw doskonale odrobili lekcję, nie wymuszając na sobie grania izolacji i hero-ballu.

Ostatnie poczynania ligowe Nets to przykład tego, w jaki ekstremalnie szybki sposób można zmienić narrację z tankowania do playoffów. Czy sky is the limit dla tej drużyny? Na razie wszystko idzie w dobrą stronę, ale kolejne mecze zweryfikują ich formę. Ja mam cichą nadzieję, że Brooklyn Nets nie powtórzą casusu Orlando Magic, czy Chicago Bulls z ubiegłego sezonu. W końcu fajnie ogląda się historie ze szczęśliwym zakończeniem.


Dzięki!

Komentarze

  1. Jak zwykle super artykuł. Niestety wydaje mi się że trend się nie utrzyma za długo. Podkreślam iż mam wielką nadzieję że się mylę… Dobrze jest Ciebie mieć spowrotem Marto!

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *