Fast Break: Cavaliers dali sobie nadzieję

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 4

Bardzo długo czekałem na mecz, w którym LeBron James przejmie kontrolę po bronionej stronie parkietu. Tak długo, że już powoli traciłem na takie coś nadzieję. W Game 3 James był innym graczem niż w pierwszych trzech spotkaniach tej serii i choć pod koniec drugiej kwarty widać było u niego spore zmęczenie, to było warto – Cavaliers blow-outem pokonali Celtics, wrócili do serii, a James mógł odpoczywać w czwartej kwarcie po wykonanej dobrej robocie.

Jak można się było spodziewać, nastawienie Cavaliers w domu było zupełnie inne. Bardzo aktywny był George Hill, LeBronowi wpadały trójki, ale podstawę pod blow-out zrobiła defensywa. Były lepsze powroty do obrony, była pomoc, były aktywne ręce.

 

Zwróćcie uwagę na J.R.’a Smitha, który zaczyna posiadanie na Marcusie Morrisie. Na górze przytomnie zmienia krycia na Ala Horforda, a potem przechodzi przed nim nad zasłoną, cały czas odcinając drogę pomiędzy nim a piłką. Terry Rozier nie wie co zrobić, wykonuje złe podanie do Marcusa Smarta, zza którego wyskakuje James. W ten sposób, Cavaliers zdecydowanie ograniczali grę Celtics przy zasłonach bez piłki. Gracze Brada Stevensa byli zdezorientowani, stąd bardzo duża liczba słabych rzutów w pierwszej połowie. Wyglądali tak, jakby nie byli przygotowani na tak aktywnych Cavaliers i oczekiwali powtórki z meczów numer jeden i dwa.

Gdy Celtics udawało się ominąć switche Cavaliers i przebijali się przez pierwszą linię obrony, wówczas na ich drodze stawał LeBron. Robił to, co robi Draymond Green w Golden State Warriors i robił to na poziomie, jakiego nie widziałem u niego od naprawdę długiego czasu.

 

Smith zbyt późno zmienił tu krycie na Arona Baynesa, dał mu wejść przed niego, ale James zareagował bardzo przytomnie. Tak samo jak tu.

 

Jordan Clarkson i Kyle Korver nie dogadali się tu w obronie pick-and-rolla – jeden chciał switcha, drugi chciał hedge’a. James reagował jeszcze wcześniej, by na pewno znaleźć się między Semim Ojeleye, a koszem. Takich akcji było więcej i co ciekawe James grał w obronie praktycznie w każdym posiadaniu. Chciał zainspirować swoich kolegów, wziąć sprawy w swoje ręce – whatever. Ważne było to, że dało to zespołowi energię do tego, by zakończyć mecz praktycznie jeszcze w drugiej kwarcie. Pod koniec pierwszej połowy był moment, w którym nagle stanął i poprosił trenera o wzięcie przerwy na żądanie – był wykończony. Dograł pozostałe dwie minuty już odpoczywając, bo Cavaliers nic w tym meczu już nie groziło.

Celtics są w tych playoffach dużo gorsi na wyjazdach, ale ich defensywa nie była jeszcze aż tak zła, w żadnym meczu przeciwko Sixers bądź Bucks. Było mniej zmian krycia, bądź były bardzo powolne zmiany krycia, dzięki którym James lub Hill dostawali się pod obręcz. Były też błędy w komunikacji, które zwykle im się nie przydarzały, nawet przy dobrym ruchu bez piłki graczy Cavaliers.

 

 

W pierwszej sytuacji Smart za późno przekazał Tatumowi komendę „switch” (choć ten też powinien raczej wiedzieć, co zrobić w takiej sytuacji), a w drugiej Baynes pochopnie wyszedł do podwojenia LeBrona. Przeciwko każdemu innemu zawodnikowi takie podwojenie miałoby sens, ale tutaj należy przypuszczać, że bez pomocy ze słabej strony, James w jakiś sposób znajdzie Tristana Thompsona.

Trzeba także przyznać, że kozłujący Cavaliers poza Jamesem – w szczególności Hill – byli w tym spotkaniu bardziej agresywni i wywierali dużo większą presję na obronie rywali. Tutaj Hill atakuje bardzo wcześnie zmianę krycia i ma dzięki temu otwartą drogę do kosza.

 

Kevin Love przyznał na konferencji, że nie robili większych usprawnień w stosunku do Game 2. Skupili się na poprawieniu tego, co nie pracowało i nic dziwnego, że pierwszy w pełni dobry mecz w tej serii rozegrali na własnym boisku. Tak jak pisałem w piątek, Tyronn Lue nie wytrzymał długo bez Jordana Clarksona i wrzucił go do rotacji kosztem Rodneya Hooda (ten tym razem nie odmówił wejścia na parkiet w garbage time). Usprawnienia dokona pewnie za to Brad Stevens, bo było zdecydowanie za dużo rzutów Cavaliers bez krycia – to nie zdarzało się często w spotkaniach w Bostonie. Więcej switchów, komunikacji, ale także powinni mieć lepszą skuteczność. Poza Tatumem, żaden z zawodników nie miał „swojego dnia”, jeśli chodzi o rzut.

Taki mecz w tej serii już się nie powtórzy, ale jest czymś, na czym Cavaliers mogą budować nadzieję na awans do Finałów. Tej nadziei zupełnie nie było widać w Game 2, ale spotkania u siebie potrafią podbudować zespół mentalnie. Pytanie, czy był to fluke, czy zadaniowcy Cavaliers utrzymają już przewagę do końca serii?

4 Komentarze

  1. Niesamowite jest to, jak często w przypadku obu serii pada stwierdzenie „Taki mecz się już nie powtórzy”.

    1. Dość ciekawa sprawa z tym określeniem, ostatnio moim zdaniem nadużywanym. Zresztą tego typu mecze w tych PO nie raz już miały miejsce i myślę że nie tylko może się taki mecz powtórzyć ale i kto powiedział że nie może być jeszcze gorzej 😀 Mam nadzieję że Celtowie i Rakiety tego uniknął, zresztą ogólnie czekamy na mecze na styku aby były emocje!!!

      1. To oczywiście żaden zarzut. Dokładnie tak, jak napisałeś. Po prostu aż trudno uwierzyć w to, że zdarzyły się aż takie blowouty 🙂

  2. Tak na marginesie to fajnie, że mamy kobietkę z taką wiedzą i zainteresowaniem NBA bo jak ogólnie wiadomo takich jak Ty to ze świecą szukać 😀. W gronie fanów ligi raczej nie uswiadczy się dziewczyny 😉. Pozdrawiam

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *