Fast Break: Lakers tankują bez picku, Thunder stają się tym, czym mieli się stać

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 1

Lonzo tęskni za braćmi. Tęskni za ojcem i rodziną, której 3/5 znajdują się obecnie na Litwie. Tęsknił też za swoimi kolegami z drużyny, gdy w pierwszej kwarcie spotkania z Charlotte Hornets (jego pierwszego meczu po kontuzji), goście izolowali go w obronie w post naprzeciwko Michaela Kidda-Gilchrista. Lakers podwajali, Szerszenie odrzucały, trafiały trójki, a jak nie trafiały, to zbierały w ataku.

ESPN wysłał na konferencję LaVara, jego synów i jakichś Litwinów w garniturach swojego najbardziej znanego dziennikarza od koszykówki akademickiej – Jeffa Goodmana. Czapki z głów przed LaVarem za kreowanie alternatywnej rzeczywistości, w którą angażują się teraz poważne media.

Hornets przeszli przez kalifornijską serię z bilansem 3-1 m.in. ze zwycięstwem nad Warriors. Wygląda to lepiej niż, kiedy pisałem o nich po raz ostatni. Tymczasem na ósme miejsce w Konferencji Wschodniej wróciła już Philadelphia 76ers, poza nią są już Indiana Pacers i New York Knicks. Paradoksalnie to właśnie Charlotte może mieć większe szanse na playoffy od Knicks i zmęczonego Porzingisa i być może podobne do tych szans Pacers.

Lakers wyglądają za to jak zespół tankujący, który zapomniał o tym, że nie posiada w kolejnym drafcie własnego wyboru w pierwszej rundzie. Wracają do tego, o czym pisałem na początku sezonu – Luke Walton chce z nich zrobić Golden State Warriors 2.0. To nie są jednak na razie nawet ci Warriors z Montą Ellisem.

Warriors mogą pozwolić sobie na szybkie rzuty, bo 1) pracują, żeby te rzuty były jak najlepsze, 2) mają 3 z najlepszych strzelców świata. Lakers oddają rzuty po jednym podaniu, bez rytmu, czasem nawet przez ręce. Jeśli San Antonio Spurs extra-podaniem szukają zawsze great shot zamiast good shot, to Jeziorowcy nie mają nawet tego good shot. Nie widać tam skomplikowanej myśli szkoleniowej, bo zagrywki ograniczają się do ustawienia 5-0 i po kolei oddawaniu piłki koledze, który podejmuje decyzję – podaje dalej (rzadko), rzuca (częściej) lub wjeżdża pod kosz, gdzie jest podwajany i nie potrafi już stamtąd odrzucić piłki.


Lepiej to ostatnio wygląda w Oklahomie. Musiało się poprawić, bo nie było wielu rzeczy, które mogło iść gorzej, a skala talentu też była po prostu za duża. W czwartkowym meczu z rozpędzonymi ostatnio Clippers nie obyło się jednak bez problemów.

Brak kontuzjowanego Andre Robersona sprawił, że w pierwszej połowie Thunder nie mieli – poza Paulem Georgem – gracza zarówno broniącego na obwodzie, jak i rozumiejącego koncepcję obrony drużynowej. Guardzi Clippers – głównie Lou Williams, będący ostatnio w dobrej formie – przechodzili łatwo pierwszą linię defensywy (Russell Westbrook, Terrance Ferguson), a po pomocy Stevena Adamsa pod obręczą pozostał samotny center, którego już nie krył nikt.

DeAndre Jordan i Montrezl Harrell mieli się świetnie przez to do przerwy, ale potem defensywa Thunder skupiła się bardziej na strefie podkoszowej, oddając kilka otwartych pozycji zza łuku, ale w meczu z Clippers możesz sobie na to pozwolić. Postęp Oklahomy widać za to po atakowanej stronie parkietu i niewątpliwie kontuzja Robersona, czego rezultatem było wprowadzenie do piątki gracza rzucającego za 3 punkty (Ferguson) też się do tego przyczyniło.

Przede wszystkim widać jednak trochę inny system Billy’ego Donovana. Paul George oraz Carmelo Anthony są używani częściej, ale w różny sposób, przez co zarówno zaspokajane jest ich ego, jak i efektywniej pracuje ofensywa. Dodano sporo zagrywek, w których George wychodzi po zasłonach i świetnie z tego korzystał w meczu z Clippers – 12/16 z gry, 5/8 za 3 punkty. Otwiera to też drogę do kosza Russellowi Westbrookowi, który również częściej uruchamia ruch piłki Thunder poprzez pick-and-roll z Adamsem, a nie przez izolację.

Melo dostaje za to piłki zarówno jako catch-and-shooter, jak i w izolacjach, gdy stawiając zasłonę Westbrookowi przeciwnicy zrobią na niej switch. Thunder mogą być jeszcze lepsi, ale powoli zaczynają rozumieć o co chodzi w grze z kilkoma samcami alfa. Szkoda, że tak późno.

Clippers za to mają jednego samca alfa, ale nie mają praktycznie żadnych samców beta ani gamma. Ewentualnie samców omega. Chris Paul zobaczył rotację back-courtową Jawun Evans – Lou Williams – C.J. Williams – Sindarius Thornwell i uśmiechnął się pod wąsem. Do tego Danilo Gallinari, który z powodu kontuzji nie może nawet siedzieć na ławce rezerwowych bo… ma kontuzjowaną część ciała, na którą normalnie siada.

I szczęście w nieszczęściu, że jest już Blake Griffin. A ten ma coś, czego nie mają nawet niektóre supergwiazdy w tej lidze – robi wszystkich wokół siebie lepszymi zawodnikami. Z pełną rotacją, Clippers byliby pewniakiem do playoffów, szczególnie z tak grającym Lou Williamsem.


Drugi z czwartkowych meczów miał być hitem na szczycie, ale zabrakło w nim Jamesa Hardena oraz Kevina Duranta. Warriors dawali pograć Rakietom, popełniali straty, ale wrzucili ten swój chyba wciąż jeszcze dopiero czwarty bieg w końcówce i uciekli z wygraną.

Houston Rockets wyglądają na największe zagrożenie dla Golden State – także ze względu na fakt, jak radzą sobie zarówno bez Hardena, jak i wcześniej bez Chrisa Paula – ale spoiler: nie wygrają z nimi 7-meczowej serii. Nie, jeśli Warriors będą w pełnym składzie, a nawet jeśli zabraknie na parę meczów któregoś z graczy. Po Spurs, Wojownicy są drugim najbardziej inteligentnym zespołem w lidze i nauczył już się radzić sobie bez któregoś ze swoich gwiazd.

Tym „uzupełniającym” w największym wymiarze był do tej pory Kevin Durant, bowiem świetnie zajmował już w tym sezonie zarówno rolę Curry’ego, jak i Draymonda Greena. Postęp w defensywie Duranta w koszulce Warriors to coś, na co coraz częściej zwraca się uwagę i niektórzy zadają już nawet pytania – czy KD to kandydat do Defensive Player of the Year?

To spokojna droga Warriors, która będzie jeszcze trwała kilka miesięcy. Pojawi się trochę nierówności w playoffach, właśnie ze względu na klasę Rockets/Spurs, ale trudno sobie jak na razie wyobrazić jakąkolwiek niespodziankę. I ciekawe do którego z tych zespołów – Rockets, czy Spurs – przejdzie w lipcu LeBron James.

Komentarze

  1. Paweł – świetnie się to czyta – dzięki!
    BTW – zdanie: „…wrzucili ten swój chyba wciąż jeszcze dopiero…” czytałem chyba z 5 razy bo jego konstrukcja jest nad wyraz ciekawa 🙂

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *