Fast Break: LeTrain powoli odjeżdża z Cleveland

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 7

Po kompromitującej porażce w Game 1 mówiono, że taki mecz już się nie powtórzy, bowiem był to historycznie zły występ LeBrona Jamesa. Tak zły, że trudno go logicznie wytłumaczyć, choć dużo wspólnego z tym miała obrona Celtics, skoncentrowana właśnie na Jamesie. Taki mecz, jak Game 1 się nie powtórzył, co nie oznacza, że na podstawie spotkania numer dwa Cavs powinni wyciągać pozytywne wnioski.

W Game 1, Celtics zmieniali krycie na Jamesie praktycznie każdym z zawodników, ale LeBron z jakiegoś powodu po kilkudniowym odpoczynku wolał rzucać jumpery, zamiast atakować kosz. Gdy krycie zmieniał na nim niższy gracz, James przechodził w grę tyłem do kosza, gdzie jednak Boston bardzo dobrze go podwajał, a Król – jak nie Król – nie robił dobrej roboty z oddawaniem piłki do rogu lub do ścinającego gracza i stąd większa liczba strat niż trafionych rzutów z gry.

Tak naprawdę, początek Game 2 nie różnił się zbytnio od Game 1, ale jeden szczegół zaważył na dalszej grze Jamesa w pierwszej kwarcie – najpierw atakował kosz, a dopiero potem zaczął rzucać trójki i trafiał je nawet z niemożliwych pozycji. Atakował szybciej, nie dając Celtics szansy na efektywne podwojenie i miał 21 z 27 punktów swojej drużyny w otwierającej kwarcie. To nie jest dobre ratio, jeśli Cavaliers chcą przetrwać całe spotkanie z twardo grającymi Celtics. Ich przewaga pod koniec tej odsłony wynosiła tylko 4 oczka. Zainspirowani swoim liderem zaczęli jednak dobrze także drugą kwartę, w której Celtics mieli problemy z pin-down zasłonami dla Kyle’a Korvera.

Korver trafiał po świetnych zasłonach Tristana Thompsona, a Cavaliers lepiej komunikowali się w obronie, switchowali. Ponownie jednak nie potrafili dokończyć kwarty, James dostał mocny cios w szczękę od ramienia Jaysona Tatuma i na koniec znowu nie mieli pełnej kontroli nad spotkaniem. I właśnie przez ten brak kontroli, Celtics w szatni dostali pewnie wiadomość od Brada Stevensa – nie jesteście w tym meczu gorszą drużyną, we got this.

I mieli to.

 

LeBron w trzeciej kwarcie konsekwentnie szukał zmian krycia Arona Baynesa, ale nie potrafił potem z nimi nic zrobić. W powyższej akcji Baynesowi dobrze pomógł Marcus Smart i szybko doskoczył ponownie do J.R. Smitha (choć ten gdyby był w formie psychicznej, to rzucałby po prostu nad nim, takie rzuty z rogu często trafia), czyli zrobił coś, w czym Celtics się specjalizują – help & recovery. Potem już tylko typowy „transition defense” w wykonaniu Cavaliers i inicjatywa przechodzi już zupełnie na stronę Celtics.

 

Inteligencja. Play the percentages. Jeśli przeciwnik ma przewagę i rotujesz do strzelców, musisz wiedzieć na kogo naciskać, a na kogo nie. Terry Rozier wiedział, że Baynes nie zdąży doskoczyć do Jeffa Greena, ale słusznie został przy Korverze. Green zawahał się, rzucił bez rytmu, nie trafił. Brak rytmu w ataku doprowadził też do powrotu obrony Cavaliers z sezonu regularnego. 29. obrony w NBA.

 

 

LeBron? Kevin? Ktoś pobiegnie do tego Roziera?

Tyronn Lue wystawił do piątki Tristana Thompsona – i był to dobry pomysł – jednocześnie wrzucając do rotacji Larry’ego Nance’a i wyrzucając z niej Jordana Clarksona, który miał całkiem niezły Game 1. W ten sposób chciał dopasować się do wyższych ustawień Celtics, ale nie jestem pewien, czy w Cleveland zostanie przy tym pomyśle. NBA utrudniła mu zadanie, niesłusznie nie zawieszając Smitha na mecz numer 2 (a sędziowie niesłusznie dali za ten faul tylko Flagrant 1). Role playerzy u siebie w domu zwykle grają lepiej i powinno być mniej problemu pod tytułem: LeBron nie ma pomocy. Nie ma i przez to w drugich połowach nie ma już sił na ciągłe atakowanie kosza.

I nie jest to problem wyłącznie z tego roku. Już w Finałach 2017 był fantastyczny w pierwszych połowach, po czym Warriors uciekali Cavaliers w trzecich kwartach. W serii z Indianą było dokładnie to samo, a w ostatnich 5 minutach spotkań, ofensywa Cavaliers sprowadzała się do jego rzutów z dystansu po zmianach krycia Pacers. W Game 5 i Game 7 omal nie zakończyło się to spektakularną katastrofą.

He gone. Nie ma innej możliwości i choć zwykle nie reaguję pochopnie na takie rzeczy, ale język ciała Cavaliers w czwartej kwarcie i ten faul Smitha dały mi do zrozumienia – oni już wiedzą. Może James im tego nie mówił, ale wiedzą. Mogą nawet wygrać tę serię i niczego to nie zmieni. Dodatkowo loteria draftu przyniosła tylko 8. wybór, za który nie uda się wymienić dodatkowej gwiazdy, która miałaby przekonać Jamesa do pozostania. Jedyne co mu zostanie, to wybranie najlepszej sytuacji, w której będzie miał szansę wygrać jak najwięcej pierścieni w ostatnich latach kariery. Philadelphia, Houston… ktoś jeszcze?

7 Komentarze

  1. Faktycznie, J.R. Smith powinien być wylecieć a) z hukiem ze spotkania nr 1 b) być zawieszony co najmniej na mecz nr 2. Tego typu faule pokazują tylko jak ograniczonym umysłowo zawodnikiem jest – przecież Halford mógł się co najmniej dobrze połamać, żeby tylko to.
    Co do Cavaliers – Indiana bardzo dobrze odkryła wszystkie niedoskonałości obecnego składu LeBron’a. Toronto było za słabe (żal!!!) i LeBron przejechał się po nich, aż miło.
    Celtics to już zupełnie inna para kaloszy, a rotacja składem coacha Lue też nie bardzo pomaga Cavaliers wrócić do żywych (George Hill anyone?) Największym żartem w wykonaniu Cavaliers został Kendrick Perkins – szumne zapowiedzi o wzmocnieniu siły ławki na tegoroczne play offs, a gość zniknął z radaru zupełnie – pewnie wzmacnia, ale okoliczne sklepy z pączkami 😉

  2. Trailblazers?

    1. Jak? Oni mają już zapchanego salary na 112 mln w przyszłym roku i w jescze następnym niewiele mniej.

  3. Pójdzie za małe pieniądze do GSW… 😀

  4. Pójdzie do Suns stworzy big trio z Marquese Chriss i Elfrid Payton

  5. Pingback:Zapowiedź: Must-win dla Cavaliers - NBA Labs – strona o koszykówce NBA. Wyniki, aktualności, relacje i analizy.

  6. Torotnto potrzebuje mocnego lidera z mocną psycha na playoffy.. ; )

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *