Fast Break: Rozwój DeRozana pomaga Raptors, stare problemy Thunder znowu są aktualne

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 0

Washington Wizards nie mogli skorzystać w niedzielę z usług Johna Walla, natomiast przez jakiś czas Bradley Beal grał jak za dwóch i OG Anunoby wraz z całym zespołem Toronto Raptors nie mogli znaleźć na niego odpowiedzi. Dzięki dobrze działającej ofensywie, Raptors utrzymywali się jednak na prowadzeniu przez większość meczu i dokończyli dzieła w końcówce. To już czwarte kolejne zwycięstwo i szóste w ostatnich siedmiu meczach i choć ojców sukcesu jest kilku, to jeden szczególnie się wyróżnia.

DeMar DeRozan otrzymał wczoraj wyróżnienie dla najlepszego zawodnika tygodnia w Konferencji Wschodniej i po cichu kontynuuje swoją świetną dyspozycję po najlepszym sezonie w karierze. Do tego jego gra ewoluuje dokładnie w tym kierunku, w którym powinna.

Urodzony w Compton 28-latek jest jednym z tych graczy, którzy świetnie odnaleźliby się w NBA lat 60-tych. W erze Jerry’ego Westa i Sama Jonesa, gdzie nieważne było skąd rzucasz, bo i tak liczyło się to za dwa punkty. Oprócz gry w mid-range, DeRozan wyróżnia się łatwością dostawania w pomalowane i w naturalny sposób, kolejnym krokiem w jego rozwoju jest poprawa gry drive-and-kick. I to właśnie się dzieje. W ostatnich 6 spotkaniach DeRozan tylko raz miał mniej niż 5 asyst i łącznie notował ich 6 na mecz.

Ofensywa Raptors tak dobrze dzieląca się w tym sezonie piłką, jest w dużej mierze uzależniona od skuteczności penetracji Kyle’a Lowry’ego i DeRozana. Nie byłoby jednak tych postępów bez udziału tej młodej ławki, o której pisałem wcześniej w tym sezonie. Teraz, gdy nie ma kontuzjowanego Delona Wrighta, jego rolę przejął Fred VanVleet i praktycznie nie widać żadnej różnicy. Miejsce Normana Powella w pierwszej piątce zajął za to OG Anunoby i pokazuje, że jest kimś więcej, niż doskonałym obrońcą (37% za 3 punkty, dobrze rozciąga grę).

Rewelacją jest dla mnie Pascal Siakam, którego pewność siebie poszła o kilka poziomów w górę. Nie boi się atakować wyższych rywali na koźle, kończy z kontaktem, dobrze rotuje w obronie – bardzo możliwe, że po rezygnacji z płacenia sporych pieniędzy Bismackowi Biyombo, Raptors znaleźli jego niższą, ale bardzo atletyczną i wszechstronną wersję. Wschód potrzebował dobrych Raptors i właśnie ich dostał.


Oklahoma City Thunder nie skorzystali z wyrzucenia DeMarcusa Cousinsa w trzeciej kwarcie meczu z New Orleans Pelicans i w crunch-time nie wywalczyli sobie wygranej. Warto wspomnieć, że w pierwszej kwarcie prowadzili już 19 punktami i po raz drugi z rzędu stracili na wyjeździe przewagę wypracowaną w pierwszej połowie (San Antonio Spurs wrócili z -23 w piątek).

Pokazuje to pewną ofensywną niemoc, w którą Thunder wpadają częściej, niż można się było spodziewać. W meczu z Pelicans przewagę zbudowali głównie dzięki wymuszanym stratom (w czym są najlepsi w lidze) i szybkim przejściu do ataku. Atak pozycyjny pozostawia wciąż wiele do życzenia. Tylko 55.9% ich celnych rzutów jest asystowanych (22. miejsce w lidze), są problemy ze spacingiem (tylko dwóch graczy w pierwszej piątce – Melo i Paul George – grozi solidnym rzutem zza łuku w sytuacjach catch-and-shoot) i kończy się to głównie izolacjami.

W końcówce spotkania w Nowym Orleanie zamiast Robersona Billy Donovan postawił na Alexa Abrinesa i otworzyło się trochę więcej miejsca dla Melo, czy George’a, ale ich gwiazdy po prostu nie trafiały. Zdarza się, ale w tym sezonie zdarza się zbyt często. Start 7-9 nie jest na pewno tym, na co czekali kibice Thunder po pozyskaniu obu All-Starów.

Sprowadzenie George’a i Melo miało m.in. ograniczyć straty Thunder, ponoszone w trakcie odpoczynku Russella Westbrooka. Tymczasem ustawienie rezerwowi + PG13 jest -16.5 na 100 posiadań, zdobywając marne 98.5 punktu na 100 posiadań. Na początku, Donovan testował ustawienie George – Anthony + rezerwowi i być może powinien do tego wrócić. Jak na razie wróciły tylko stare demony Thunder związane z odpoczynkiem ich MVP.


Co by się stało, gdyby na koniec swojej kadencji rujnowania New York Knicks, Philowi Jacksonowi udało się wytransferować Kristapsa Porzingisa? Być może właśnie próby oddania Porzingisa były gwoździem do jego trumny. Teraz na Manhattanie nikt już jednak nie myśli o nim i jego trójkątach. Ofensywa uwolniona od grania cały czas w jeden sposób prezentuje się po oddaniu Carmelo Anthony’ego dużo lepiej niż oczekiwano, a nie przeszkadza też MVP-caliber początek Łotysza.

Knicks przysnęli na moment w trzeciej kwarcie, gdy Los Angeles Clippers wrócili na chwilę do gry, ale praktycznie kontrolowali spotkanie przez cały czas i dobili już do bilansu 9-7. To zwycięstwo nie było ładne – Porzingis przez dłuższy czas nie mógł się wstrzelić, Frank Ntilikina zagrał jedno z najgorszych spotkań w młodej karierze, Knicks popełnili 22 straty – a i tak udało im się wygrać blow-outem.

Uczciwie trzeba przyznać, że Clippers nie robili zbyt dużo, by im w tym przeszkodzić. To już dziewięć porażek z rzędu podopiecznych Doca Riversa, który być może znajdzie się wkrótce wreszcie na gorącym krześle. Przy kontuzjach kilku graczy – nie wiadomo kiedy wróci Milos Teodosić, cały czas nie gra Danilo Gallinari, Patrick Beverley wrócił dopiero na mecz z Knicks – skala talentu w drużynie Clippers bardzo się obniża, a ławka prezentuje się źle na tle większości drużyn w lidze. Blake Griffin nie pociągnie tego wózka sam.

Wracając do Knicks – oni również nie posiadają wiele talentu, ale wykorzystują go we właściwy sposób. Jarrett Jack to steal na niegwarantowanym kontrakcie – mimo 34 lat na karku wciąż przydaje się jego inteligencja i wizja parkietu. Doug McDermott dostający solidne minuty z ławki już rozkręcił się na 44.9% za 3 punkty (5/7 przeciwko Clippers). Kyle O’Quinn już w poprzednim sezonie był nieoceniony dla Knicks razem ze swoją energią i niezłą defensywą.

No i ten Porzingis – dużo spokojniejszy, bardziej cierpliwy w znajdowaniu dobrego rzutu w ataku i łatający dziury w defensywie (2.3 bloku, 2. w lidze za Rudym Gobertem). Nie spodziewam się, że taka forma Knicks utrzyma się przez dłuższy czas, ale i tak brakowało cieszącego się Madison Square Garden.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *