Fast Break: Żegnamy Stana ze Stanu Michigan

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 0

Cztery lata trwała przygoda Stana Van Gundy’ego oraz jego przybocznego generalnego menedżera Jeffa Bowera w Detroit Pistons i na jej końcu na pewno nikt w organizacji nie czuje zaspokojonych oczekiwań. Trudno też powiedzieć, jakie dokładnie były te oczekiwania, ale na pewno nie liczyli na zaledwie jeden awans do playoffów w ciągu kadencji Van Gundy’ego, którego największym sukcesem wciąż pozostaje awans do Finałów NBA z Dwightem Howardem.

Van Gundy w Detroit szukał nowego wyzwania – tak jak Tom Thibodeau w Minnesocie. Oprócz posady trenera wziął także stery na górze organizacji. Nie chcę mówić, że Bower był marionetką, bo była to raczej partnerska współpraca między generalnym menedżerem i prezydentem, natomiast praktycznie wszystkie transfery szły na konto Big Stana. Wszystko zaczęło się w 2014 roku.

Sezon 2014/15

Van Gundy przejmował zespół po fatalnym sezonie 2013/14, w którym najważniejszymi postaciami Pistons były takie postaci jak Josh Smith, Brandon Jennings, Greg Monroe, czy 20-letni Andre Drummond. Ze Smithem, jego 4-letnią, ponad 50-milionową umowę podpisywał jeszcze stary zarząd z Joe Dumarsem na czele i niedługo trzeba było czekać, by przekonać się, że był to kompletny niewypał. A w tamtych czasach były to w ujęciu realnym dużo większe pieniądze niż dziś. Smith i jego 39.1% z gry (24.3% za trzy punkty) zostały w grudniu zwolnione, a jego kontrakt „rozciągnięty” dzięki stretch provision na 5 kolejnych lat – jego skutki Pistons będą odczuwać aż do sezonu 2019/20.

Sezon 2014/15 był zdecydowanie przejściowym, budującym fundamenty pod funkcjonowanie zespołu w przyszłości. W trade deadline, Pistons uczestniczyli w dwóch dużych wymianach. W najważniejszej dla siebie, pozyskali Reggiego Jacksona z Oklahomy City Thunder, oddając dwa wybory w drugich rundach (jeden poszedł do Utah Jazz), Kyle’a Singlera i D.J.’a Augustina. Z perspektywy czasu – nie oddali zbyt dużo, a Jackson bardzo dobrze spisywał się w 27 meczach rozegranych jeszcze w tych rozgrywkach, które nie zakończyły się jeszcze playoffami dla Pistons (bilans 32-50). W drugiej z wymian przyjęli do siebie mistrza z 2004 roku Tayshauna Prince’a, w transferze Isaiaha Thomasa do Boston Celtics.

W ciągu rozgrywek było widać przede wszystkim zmieniającą się, większą rolę Drummonda, Kentaviousa Caldwella-Pope’a, a także później Jacksona, a zmniejszające się znaczenie m.in. Grega Monroe’a i Brandona Jenningsa. Wymiana po Jacksona była pośrednio spowodowana także kontuzją zerwania ścięgna Achillesa przez właśnie Jenningsa i zastanawialiśmy się wówczas, jak Van Gundy pogodzi współistnienie obu panów w rozgrywkach 2015/16.

Sezon 2015/16

Był to zdecydowanie najjaśniejszy rok Van Gundy’ego w Detroit. Rozpoczął się jeszcze latem, od kilku bardzo dobrych decyzji – wyboru Stanleya Johnsona w drafcie, wymianami po Marcusa Morrisa oraz Ersana Ilyasovę, a także podpisaniu kontraktu z Aronem Baynesem. Parafowana została także 5-letnia umowa z Reggiem Jacksonem, której szczerze mówiąc fanem nie byłem (tamto lato obfitowało w „dziwne” umowy), natomiast po świetnej końcówce rozgrywek Jacksona była ona dość zrozumiała. W ten sposób Stan uzupełnił skład po swojemu, dając spokojnie odejść Gregowi Monroe w trakcie wolnej agentury.

Dzięki świetnemu początkowi (17-12) i końcówce rozgrywek, Pistons przerwali serię 6 sezonów z rzędu bez awansu do playoffów. Andre Drummond po raz pierwszy w swojej karierze został All-Starem, Kentavious Caldwell-Pope rozwinął się tak, że był jednym z liderów ligi w minutach na mecz, ale doszło także do kolejnego dobrego transferu Van Gundy’ego. Powracający po kontuzji Brandon Jennings oraz dobrze grający w pierwszej piątce zostali wymienieni do Orlando Magic w zamian za Tobiasa Harrisa. Tak, był to jeden z „tych ruchów Roba Henigana”, natomiast Pistons wyszli na nim bardzo dobrze.

Harris dobrze wkomponował się w piątkę jako small-ballowa czwórka i choć w playoffach nie wystarczyło to na wygranie choć jednego meczu z późniejszymi mistrzami NBA (pamiętacie, jak Stanley Johnson – pokazujący w swoim pierwszym sezonie ogromny potencjał „startował” do LeBrona Jamesa?), to oczekiwano po Pistons co najmniej powtórki w kolejnym sezonie – ba, wieszczono tam spory progres, patrząc na to, jak dobrze dogaduje się znajdująca tam grupa zawodników.

Sezon 2016/17

Oczekiwano przede wszystkim kroku naprzód, w pierwszym wspólnym sezonie core’u Pistons już z Tobiasem Harrisem w składzie. Do kadry dodano na wieloletnich kontraktach Jona Leuera, Isha Smitha i Bobana Marjanovicia, którzy mieli wzmocnić głębię rotacji Tłoków, a Andre Drummond otrzymał od organizacji maksymalny kontrakt po swoim najlepszym w sezonie karierze. Głębia składu miała przejść poważny test już na początku rozgrywek – Reggie Jackson miał opuścić 15-20 pierwszych spotkań sezonu z powodu kontuzji kolana. Bez niego początek rozgrywek wyglądał przeciętnie, ale spodziewano się, że po jego powrocie wszystko wróci do normy. W momencie jego powrotu na parkiet, Pistons mieli bilans 11-10.

Potem nie wszystko poszło zgodnie z planem. Właściwie niewiele poszło po ich myśli. Drummond po otrzymaniu maksa zrobił krok w tył, praktycznie w każdym elemencie gry, Marcus Morris nie był tak efektywny jak przed rokiem, nowi zawodnicy – Leuer i Marjanović – mieli minimalny wpływ na grę drużyny, a powrót po Jacksona był po prostu katastrofą. Tak naprawdę nigdy w tamtym sezonie nie był w 100% zdrowy, co odbiło się naturalnie na jego dyspozycji. Nie wyleczono jego kontuzji, a tylko podleczono (sztab medyczny Pistons również podąża drogą Van Gundy’ego i Bowera, kończą się im kontrakty).

Do tego doszły także problemy z Johnsonem, który w pewnym momencie wypadł na chwilę z rotacji, a nawet został zawieszony na jedno spotkanie z powodu „naruszenia zasad drużyny”. Mówiono wówczas o to, że po prostu obija się na treningach. Mimo tego wszystkiego, Pistons zostawili sobie resztki szans na playoffy, ale po fatalnej końcówce sezonu zakończyli go ostatecznie na 10. miejscu w konferencji. Razem z Charlotte Hornets znaleźli się w grupie drużyn pomiędzy walczącymi o postseason a tankującymi. Krótko mówiąc – wrócili do punktu wyjścia, w jakim Van Gundy kończył swój pierwszy sezon w Detroit.

Sezon 2017/18

Pistons byli jednak zdeterminowani, by jak najszybciej wrócić na właściwą drogę. Van Gundy skorzystał z okazji i przejął Avery’ego Bradleya z Boston Celtics, który miał za sobą fantastyczne playoffy. Jednocześnie zrezygnowano z podpisywania nowej umowy z Kentaviousem Caldwellem-Popem, który w tym momencie wydawał się im po prostu zbędny, a na pewno nie chcieli płacić za niego maksymalnych pieniędzy. Dodano także Langstona Gallowaya, w drafcie wybrano Luke’a Kennarda i oczekiwano powrotu do playoffów – już ze zdrową kadrą. Zaczęło się to fantastycznie. Z bilansem 10-3, Pistons razem z Orlando Magic (!) byli dwoma największymi zaskoczeniami in plus na Wschodzie.

Na uwagę zasługuje szczególnie zmieniona rola Andre Drummonda, częściej używanego jako gracza uruchamiającego ruch piłki z post. Sielanka nie trwała zbyt długo, bo już w grudniu bilans Pistons znacznie się pogorszył, ale nadal utrzymywali się w gronie drużyn playoffowych. Potem jednak przyszła kolejna kontuzja Jacksona, która ponownie wyłączyła go z gry na parę miesięcy. Nie było zawodnika, który mógłby wejść w jego buty jako kozłujący i prowadzący grę obrońca, ich ławka rezerwowych była niezwykle słaba, a rywale nauczyli się bronić ich niezmieniający się, nieewolujący system gry.

Van Gundy zrobił jednak jeszcze jeden transfer, który potencjalnie mógł wywrócić wszystko do góry nogami. Avery Bradley, Tobias Harris i Boban Marjanović zostali spakowani razem z wyborem w pierwszej rundzie draftu i oddani do LA Clippers za Blake’a Griffina – supergwiazdę, jakiej w Detroit nie było od jakiegoś czasu. Zamiana Harrisa na Griffina nie przyniosła jednak wielkich skutków – bez Jacksona Pistons dalej sobie nie radzili, a gdy ten wrócił było już za późno. Kolejny sezon bez playoffów.

Przyszłość

Wygląda na to, że przed Detroit otwarcie zupełnie nowego rozdziału w ich historii. Era Van Gundy’ego nie potrwała rzecz jasna tyle, co era Joe Dumarsa, natomiast coś zdecydowanie wypaliło się w relacji Tom Gores – SVG. Oczekiwania po sezonie 2015/16 przerosły rzeczywistość. Budowla o nazwie Pistons stała na dość niestabilnych fundamentach, jakimi byli Jackson i Drummond. Trudno powiedzieć, kto w przyszłym roku będzie reprezentował barwy Pistons, bo zarówno Griffin, jak i Jackson mają historię sezonów, w których grali zaledwie po 50-60 spotkań w sezonie. Wysokie kontrakty zajmują miejsce w salary do 2020 roku, więc o wielkich wzmocnieniach również nie może być mowy.

Pistons mają solidny core, słabą ławkę rezerwowych i szklane gwiazdy – przez to naprawdę trudno ich zdefiniować. I ktokolwiek nie przejmie posad po Van Gundym, stanie przed ogromnym wyzwaniem. Zostawiony bajzel ma ogromny potencjał, ale jak było widać w ostatnich dwóch latach – potencjał to nie wszystko. Samo to wskazuje, że to chyba najlepsza pora na zmianę, choć Van Gundy nie zawiódł na całej linii. Przez 2 lata wszystko szło w świetnym kierunku, a potem zabrakło im szczęścia, choć w przypadku niektórych graczy kolejne kontuzje to już nie tylko brak szczęścia. Zawiodło także zarządzanie kryzysem, które w dzisiejszej NBA musi być na najwyższym poziomie (popatrzcie gdzie byli Cleveland Cavaliers 4 miesiące temu, a gdzie są dzisiaj).

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też...
Overtime: Draymond Green ma się świetnie – czy tego chcesz, czy nie!
Jakiś czas temu mignęła mi opinia Chrisa Webbera (dzięki, Miłosz!) o tym, że Draymond Green ...