Hall Of Famer: Jason Kidd – Symfonia Dla Oczu

Mateusz Połuszańczyk Felietony Hall Of Famer Strona Główna 13

Przez całą swoją wędrówkę z pomarańczową piłką na sztandarze musiał mierzyć się z głosami krytyków, którzy twierdzili, że: brakuje mu dojrzałości, ma nawyki treningowe godne posępnego nędzarza, nie potrafi rzucać z dystansu, nie prezentuje żadnego autorytetu wśród młodszych kolegów oraz nie posiada w sercu iskry, pozwalającej sięgać po najważniejsze laury w koszykówce. Kiedy przenosił się do New Jersey Nets, wielu ekspertów – pomimo, że był jeszcze w kwiecie wieku – wieszczyło mu rychły schyłek kariery. Świadectwem tego, jak bardzo myliły się rzesze złowróżbnych fachowców tamtego okresu, niech będzie poniższa historia. Zapraszamy do zapoznania się z losami jednego z najbardziej wszechstronnych rozgrywających w dziejach basketu. Przed państwem – Jason Kidd.

Hollywoodzki gwiazdor

Jason Frederick Kidd przyszedł na świat 23 marca 1973 roku w San Francisco, w stanie Kalifornia, jako pierworodne dziecko Steve’a i Anne. Rok później urodziła się mu siostra, której nadano imię Denise, zaś dziesięć wiosen naprzód Jason doczekał się drugiej siostrzyczki – Kim. Kiddowie wiedli dostatnie życie w miejscowości Alameda, położonej na przedmieściach Oakland, nieopodal hali Oakland Coliseum. Każdego lata urządzali sobie rodzinne wakacje, włączając w to również podróże oraz odwiedziny u krewnych Steve’a z Plattsburga w stanie Missouri. Senior rodu był Afroamerykaninem, który na początku pracował na posadzie tragarza dla linii lotniczych Trans World Airlines, by ostatecznie awansować na dobrze płatne stanowisko kierownicze. Anne natomiast była zatrudniona jako programistka komputerowa w Bank of America. Kiddowie wychowywali własne latorośle twardą ręką, ucząc je szacunku do innych oraz dążenia do realizacji zamierzonych celów. Z tych właśnie lekcji – udzielanych przez rodziców – Jason wyniósł umiejętności komunikacyjne, które zaprocentowały w jego karierze sportowej.

Pierwszą ulubioną dyscypliną sportu Kidda – wbrew powszechnemu wyobrażeniu – wcale nie była koszykówka. Nasz dzisiejszy bohater upodobał sobie piłkę nożną. Basket wciągnął go bez opamiętania dopiero na przełomie drugiej oraz trzeciej klasy szkoły podstawowej Grass Valley. Gdy jego rówieśnicy nadal zajmowali się kopaniną, on często znajdował towarzystwo starszych dzieciaków. Jason Kidd wierzył, że głównie dzięki temu rozwinął wspaniały instynkt do asystowania.

Zawsze byłem wybierany jako ostatni, więc żeby mieć pewność, że zaproszą mnie następnego dnia, musiałem upewnić się, że najlepszy strzelec w mojej drużynie jest zadowolony. Myślę, że w ten sposób nauczyłem się podawać.

Nie trzeba było długotrwałej harówki, żeby obserwatorzy zyskali świadomość, iż mają do czynienia z wyjątkowym talentem koszykarskim. Solidnie zbudowany (jak na swój wiek), o szybkich dłoniach, mogący zabiegać oponenta na śmierć. Wprawdzie nie był super-strzelcem, ale nikt nie posiadał takiego przeglądu pola, co Jason Kidd. Potwierdzeniem tego faktu są artykuły na jego temat, które zaczęły pojawiać się w lokalnych gazetach  z coraz to bardziej wzmożoną częstotliwością. Potężny wpływ na J-Kidda miała osoba Earvina „Magica” Johnsona. Oglądał mecze Los Angeles Lakers, gdy tylko ukazywali się na ekranie teleodbiornika. Jason kochał zawłaszcza sposób, w jakim „Magic” dyrygował drużyną, rozgrywając kontrataki z cyklu Showtime. Wkrótce Kidd wkupił się w łaski wszelakich – jeśli mogę ich tak pieszczotliwie nazwać – boiskowych szumowin z Oakland. Prędko do niego dotarło, że uliczny basket to zupełnie inna bajka, aniżeli koszykarski świat, który znał do tej pory. Przychylność ulicznej kapituły zaskarbił sobie – a jakżeby inaczej – tym, że nie był samolubny i kochał dzielić się piłką. Królem podmiejskiej sceny koszykarskiej był wówczas niejaki Gary Payton, którego dziesięć lat później uznawano już za jednego z największych trash-talkerów w historii NBA. „Rękawica” postanowił wziąć młodego Kidda pod własne skrzydła. Tak po latach Payton wspomina Jasona z tamtych lat:

Jason dojrzewał grając tylko na boiskach do koszykówki wśród ułożonych dzieciaków, ale nie miał zielonego pojęcia w kwestii prawdziwego, ulicznego basketu. Tam mnóstwo chłopaków stosowało wobec niego trash-talking oraz podważało jego męskość. Zaczęliśmy jeździć w różne miejsca, gdzie ludzie grali ostrą, fizyczną koszykówkę, bez przebierania w środkach. Dodatkowym atutem była umiejętność kłapania jadaczką. Wówczas ewoluował jako zawodnik, nabrał odwagi i zacięcia.

W 1987 roku Jason Kidd zaczął uczęszczać do St. Joseph Notre Dame High School – małego, prywatnego, katolickiego liceum w Bay Area. Ta informacja była wręcz muzyką dla uszu trenera szkolnej reprezentacji koszykówki, czyli Franka LaPorte. Jason był na tamten czas bardzo rozchwytywanym towarem na rynku i przyjmował multum zapytań od osób odpowiedzialnych za rekrutację na poszczególne uczelnie, jednak LaPorte miał w związku z osobą J-Kidda odmienne plany. Cel numer jeden? Mistrzostwo stanowe zespołu Pilots. Owszem, zajęło to kilka lat, lecz w swoim przedostatnim roku szkoły średniej zdobył wraz z drużyną upragniony przez szkoleniowca tytuł. Jason Kidd był na ustach wszystkich, niczym gwiazdor Hollywood. Tłumy fanów – choć częściej fanek – waliły do niego po autografy drzwiami i oknami. Koszulki z jego nazwiskiem sprzedawały się tysiącami. Można bez ogródek powiedzieć, że stworzył swoje maluteńkie NBA. Pilots regularnie występowali w Oakland Coliseum wyłącznie po to, aby zgromadzić jak największą widownię, która będzie mogła zbliżyć się do rewelacyjnego rozgrywającego, gwiazdy z okładek prasy, pierwszoplanowego aktora stanu Kalifornia, bożyszcza nastolatek.

Latem 1991 roku Jason Kidd spędzał czas na obozie przygotowawczym, gdzie trenował pod okiem zawodników najlepszej koszykarskiej ligi świata – Gary’ego Paytona oraz Briana Shaw. Interesująco zarysowywała się linia przeznaczenia naszego bohatera, ponieważ otrzymał bezpośrednią propozycję przystąpienia do draftu NBA. Temu pomysłowi przyklaskiwał Don Nelson (ówczesny trener Golden State Warriors), zaś Jim Harrick, szkoleniowiec UCLA, stwierdził krótko – że talentem Kidd przeskoczył poziom akademickiej koszykówki. Co na to Frank LaPorte? Rozpływał się nad przyszłą legendą basketu w wypowiedziach dla San Francisco Chronicle:

On robi na parkiecie takie rzeczy, które wprawiają w osłupienie nawet trenerów uniwersyteckich. Jeden z nich zwrócił się do mnie kiedyś z pytaniem: „Czy ten chłopak rozgrywa trzeci sezon w liceum?” Odparłem: „Nie, to świeżak”. Wszyscy wiedzieli, że jako ósmoklasista Jason Kidd jest na ustach całego miasta.

Gdy wokół postaci Jasona toczyła się debata na temat zawodowego uprawiania basketu, on skoncentrował się na ostatniej kampanii w drużynie licealnej. Pilots raz jeszcze sięgnęli po puchar za mistrzostwo stanowe, a Kidd został nagrodzony pełną pulą wyróżnień: Naismith Award dla najlepszego zawodnika ostatniego roku, a także Player of the Year dla najlepszego gracza szkół średnich według Parade Magazine i USA Today. J-Kidd uzyskiwał statystyki, których nawet „Magic” by się nie powstydził: 25 punktów, 10 asyst, 7 zbiórek oraz 7 przechwytów na mecz. Ponadto Jason poszedł po rozum do głowy, widząc olbrzymie zainteresowanie ze strony uniwersytetów. Oferty napływały z kancelarii najlepszych kampusów USA, a z jego usług chciały skorzystać m.in.: Arizona, Kentucky, Kansas czy Ohio State. Ostatecznie, Kidd zadecydował, że będzie kontynuował naukę i rozwój koszykarskiego rzemiosła na University of California. NBA musiała jeszcze poczekać.

Pretzel Shot

Trzeba przyznać, że decyzja o wyborze kalifornijskiego uniwerku w Berkeley była dla basketu uczelnianego ogromnym zaskoczeniem. Bo jak nazwać sytuację, w której diament bez skazy – Jason Kidd – postanawia, iż będzie bronił barw Golden Bears? Przecież kampanię przed jego przybyciem Cal zanotowali bilans składający się z 10 zwycięstw oraz aż 18 porażek, zajmując odległą dziewiątą lokatę w tabeli konferencji Pac-10. Co tak naprawdę przekonało J-Kidda do zasilenia ekipy z okolicznego kampusu?

To była życiowa decyzja. Studiowanie na University of California w Berkeley podyktowało mi serce. Mogłem przebywać bliżej domu, umożliwiając rodzicom oglądanie meczów z moim udziałem, jak to miało miejsce w czasach licealnych. Z perspektywy czasu nie żałuję tego.

Na taki stan rzeczy zapewne nie utyskiwali również kibice kalifornijskiej drużyny akademickiej. Golden Bears z Jasonem na pokładzie wykręcili drugi rekord konferencji Pacific 10 (21 triumfów i 9 przegranych), natomiast naszego bohatera uhonorowano nagrodą dla najlepszego żółtodzioba w NCAA. Koledzy wraz J-Kiddem celebrowali awans do głównej drabinki turnieju po raz pierwszy od trzydziestu lat. Odbywało się to jednak w cieniu piętrzących się kontrowersji, które były związane z osobą trenera Lou Campanelliego. 8 lutego 1993 roku, na dziesięć pojedynków przed finałem rozgrywek regularnych, Campanelli pożegnał się z ciepłą posadką. Rzekomym powodem zwolnienia były problemy z trzymaniem nerwów na wodzy i nadgorliwa mentalność służbisty w stosowaniu metod szkoleniowych. Na jego miejsce zatrudniono Todda Anthony’ego Bozemana, który jeszcze pięć lat wcześniej zajmował się rozwożeniem paczek w firmie FedEx. W rundzie otwierającej zmagania marcowego szaleństwa Cal wygrali z LSU Tigers (66-64), zaś game-winnera na 0.5 sekundy przed upływem regulaminowego czasu gry trafił właśnie Kidd. Na następnym etapie Golden Bears pokonali faworyzowanych Duke Blue Devils (82-77) i tutaj znowu w roli głównej wystąpił Jason, zaliczając zacną linijkę: 11 punktów, 14 zbiórek oraz 9 asyst. Ich przygoda z NCAA Tournament zakończyła się w Sweet Sixteen, gdzie wyraźnie lepsi okazali się zawodnicy zespołu Kansas (93-76). Gazeta o nazwie St. Louis Post-Dispatch napisała wówczas:

Dale Brown, trener Tigers, wymyślił nowe określenie w terminologii koszykarskiej dla zwycięskiego rzutu Jasona Kidda przeciwko LSU – mianowicie Pretzel Shot.

Game-winnera możecie zobaczyć od 8:00 minuty w poniższym materiale wideo. Warto!

Latem 1993 roku Jason Kidd wtórował koszykarskiej elicie USA w podróży po Europie, podczas której dziesięcioosobowy zespół rozegrał pięć spotkań. Aby zdać sobie sprawę z tego, w jak znamienitym towarzystwie znalazł się Jason, wystarczy wymienić kilka nazwisk z tamtego składu Teamu USA: Aaron McKie, Eric Montross, Travis Best, Michael Finley, Donyell Marshall czy Bryant Reeves. Eskapada zakończyła się trzema zwycięstwami oraz dwoma niepowodzeniami, m.in. porażka po dogrywce z reprezentacją Hiszpanii (85-83), w której Kidd zdobył 20 oczek.

Przed inauguracją kampanii 1993/94 rozgrywający rodem z Alamedy wyznaczył sobie cel nadrzędny – doprowadzić drużynę Cal do Final Four turnieju NCAA. Jednak plany to jedno, ich realizacja to drugie. Na przeszkodzie stanęły kontuzje kolegów z zespołu: Ala Grigsby’ego oraz K.J. Robertsa. Ekipa Golden Bears odpadła już na szczeblu pierwszej rundy, uznając wyższość UW-Green Bay (61-57). Jason z pewnością chciałby zapomnieć o tamtym koszmarnym meczu, w którym trafił zaledwie 4 na 17 prób z pola. Na otarcie łez Kidd sięgnął po wyróżnienia indywidualne: nominacja do First-Team All-America, nagroda wręczana najlepszemu zawodnikowi konferencji Pac-10, znalezienie się w gronie finalistów Naismith Award i John Wooden Award. Ponadto ustanowił nowe rekordy szkoły, dzierżone do tamtej pory przez Kevina Johnsona: najwięcej asyst w jednym sezonie (272), najwięcej przechwytów w jednym sezonie (204). Po zakończeniu rozgrywek Jason postanowił, że chce zarabiać pieniądze za to, czym się zajmuje. W prasie można było przeczytać taką oto wzmiankę o dziedzictwie Kidda w akademickim baskecie:

Chociaż jego kariera na uniwersytecie Cal trwała tylko dwa lata, bardzo możliwe, że Kidd jest najwspanialszym produktem w dziejach programu koszykarskiego tejże uczelni.

W trakcie dwuletniej przygody z ligą NCAA wszechstronny point-god zaliczał imponujące średnie: 14.9 punktu, 8.4 asysty, 5.9 zbiórki oraz 3.5 przechwytu na mecz. W 1994 roku Jason Kidd został wybrany przez Dallas Mavericks z drugim numerem pierwszej rundy draftu NBA.

Debiutant roku

Zanim Jason Kidd na dobre zadomowił się w realiach profesjonalnej ligi, zdążył wpaść w spore tarapaty. Pewnego dnia potrącił pieszego i zbiegł z miejsca wypadku, za co doigrał się sprawy karnej. Jason nie przyznał się do winy, a sąd skazał go na tysiąc dolarów grzywny oraz sto godzin prac społecznych. Światło dzienne ujrzał również inne jego grzeszki. Podobno jednej kobiecie spłodził dziecko, na które później płacił alimenty, jeszcze inna przedstawicielka płci przeciwnej twierdziła, że pobił ją podczas imprezy, ale nie postawiono mu zarzutów. To wszystko bardzo podkopało reputację Kidda. Dążąc ku oczyszczeniu wizerunku, nasz bohater zapłacił za wymianę parkietu w lokalnej sali gimnastycznej, położonej przy kościele w Dallas oraz wykupił trzydzieści wejściówek na mecze Mavericks dla dzieciaków z biednych rodzin. Bo pieniądze stanowiły dla niego teraz kwestię drugorzędną.

W dniu draftu podpisał kontrakt z organizacją z Dallas, opiewający na łączną kwotę 54 milionów dolarów za dziewięć lat gry. Na dodatek zaakceptował lukratywne umowy, które zaproponowały mu: Nike, Classic Cards oraz Sega Genesis. Debiutancki sezon w wykonaniu J-Kidda to popis umiejętności i eksplozja talentu, czego dowodem była nagroda Rookie of the Year, po którą sięgnął ex aequo z Grantem Hillem. Statystycznie te rozgrywki również wyglądały solidnie: 11.7 punktu, 7.7 asysty, 5.4 zbiórki oraz 1.9 przechwytu na mecz. Mnóstwo kontrowersji wywołała natomiast wiadomość, a właściwie fraza: „ex aequo”. Dziennik Dallas Morning opisał, dlaczego Hill był pupilkiem NBA, choć niektóre argumenty przytoczone przez redaktorów są co najmniej komiczne:

Hill występował w reklamach telewizyjnych, zanim zaczął grać w lidze. Nielubiany Kidd był wychowywany w zamożnej rodzinie. Na dwa miesiące przed zakończeniem rozgrywek wydawało się, że rozgrywający Mavs spokojnie zmierza po nagrodę ROTY, lecz nazwalibyśmy to raczej wyścigiem popularności, niż sportowym współzawodnictwem. Kidd i Hill otrzymali po 43 głosy na pierwsze miejsce. Dla porównania trzeci kandydat do tego wyróżnienia – Glenn Robinson – dostał 15 takich głosów.

Jason Kidd odniósł się do tej sytuacji następującymi słowami:

Przybyłem do NBA i zaprezentowałem skalę własnego talentu. Moje umiejętności przemówiły za mnie. Niektórzy ludzie chcą grać w reklamach, pragną być postrzegani w ten sposób, ale nie mam nic przeciwko temu, że Grant został uhonorowany razem ze mną, ponieważ pokazał wyśmienitą formę i ma za sobą świetny sezon.

J-Kidd prezentował się coraz lepiej w kolejnych kampaniach, ale brak awansu Dallas Mavericks do play-offów spotkał się z rozczarowaniem kibiców. 26 grudnia 1996 roku teksańska organizacja nie zawahała się, godząc się na wymianę, na mocy której Jason Kidd, Tony Dumas oraz Loren Meyer zasilili szeregi Phoenix Suns, zaś w drugą stronę powędrowali: Sam Cassell, Michael Finley i A.C. Green. Dick Motta, ówczesny trener Mavs, wydał nawet komunikat w tej sprawie:

Nie wiem, kto wyszedł lepiej na tej transakcji, ale zwykle gdy lider zespołu zostaje wymieniony, drużyna otrzymująca prawa do wspomnianego lidera staje się fenomenalną drużyną. Miałem go w składzie przez dwa lata i wciąż myślę, że będzie zawodnikiem z absolutnego topu. Nadal musi pracować nad poprawą kilku elementów w swojej grze, lecz głęboko wierzę, iż zostanie gwiazdą NBA.

Splot słoneczny

W sezonie 1997/98 Phoenix Suns posiadali jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów prowadzenia gry, kiedy podczas meczu potrafili wystawić niski skład z czterema obrońcami w osobach: Jasona Kidda, Kevina Johnsona, Steve’a Nasha oraz Rexa Chapmana. Za podkoszowego robił Antonio McDyess. Trenerem ekipy z Arizony był wtedy Danny Ainge, który nie szczędził pochwał Jasonowi:

Nie mogę powiedzieć, że pozyskanie Kidda było stealem, bowiem straciliśmy przez to Michaela Finleya, ale za każdym razem gdy dostajesz zmysł i ręce kogoś pokroju Jasona, traktuj to jak dar. Obserwowaliśmy go w akcji w 82 spotkaniach rocznie, i dawał z siebie maksimum energii. To było ekscytujące oraz przyjemne.

Rok później J-Kidd zdetronizował Roda Stricklanda i przejął miano najlepszego asystenta ligi. Ponadto siedmiokrotnie zanotował triple-double (reszta graczy NBA miała jedenaście tego typu występów, zaś Phoenix nigdy nie przegrało, gdy Jason osiągał triple-double), a także jako jedyny koszykarz zagościł w czołowej pięćdziesiątce dziesięciu różnych kategorii statystycznych.

Za czasów Kidda, Suns nie schodzili poniżej poziomu zespołu play-offowego. Największy sukces osiągnęli podczas rozgrywek pucharowych w 2000 roku, kiedy do składu dokooptowano Penny’ego Hardawaya z Orlando Magic. W pierwszej rundzie Słońca pokonały San Antonio Spurs (3-1), by odpaść w półfinałach konferencji zachodniej przeciwko Los Angeles Lakers (4-1), jednakowoż Game4 na zawsze wrył się w pamięć rywali Jasona, który uzyskał: 22 punkty, 16 asyst oraz 10 zbiórek.

Aha, zapomniałbym na amen. Penny Hardaway i Jason Kidd stanowili zabójczy duet. Doświadczyliście kiedyś ciosu w tzw. splot słoneczny? Takim właśnie uderzeniem byli ci dwaj panowie. Mieszanka wybuchowa. Patrzcie, podziwiajcie.

28 czerwca 2001 roku Phoenix Suns dokonali wymiany, rezultatem której Jason Kidd wraz z Chrisem Dudleyem stali się zawodnikami New Jersey Nets, zaś do klubu z Arizony poszli: Stephon Marbury, Johnny Newman oraz Soumalia Samake.

No mercy, New Jersey!

“Mr. Triple-double” – jak dawniej ochrzczono Jasona – dołączył do organizacji budowanej wokół Kenyona Martina, Jasona Collinsa, Brandona Armstronga i Eddiego Griffina. Jeśli dorzucić do puli weteranów takich jak Kerry Kittles czy Keith Van Horn, to mamy całkiem niezłą pakę. Lata 2001-2003 są określane złotą erą organizacji z New Jersey, aczkolwiek nie zwieńczoną mistrzowskim pierścieniem. W 2002 roku Nets pokonywali na drodze do finałów ligi odpowiednio: Indianę Pacers (3-1), Charlotte Hornets (4-1), Boston Celtics (4-2). Natomiast w potyczkach NBA Finals gładko ograli ich mocarni Los Angeles Lakers. J-Kidd pozostawił po sobie dobre wrażenie, choćby w starciu numer trzy tej rywalizacji.

W 2003 roku New Jersey ponownie dotarli do finałów NBA, odprawiając z kwitkiem na poprzednich etapach: Milwaukee Bucks (4-2), Boston Celtics (4-0) oraz Detroit Pistons (4-0). Tym razem w grze o mistrzowskie trofeum Larry’ego O’Briena oponentami Siatek był zespół San Antonio Spurs. Seria została rozstrzygnięta w sześciu meczach na korzyść Ostróg pod dowództwem Gregga Popovicha. Najbardziej pamiętna chwila tamtych play-offów? Game-winner Kidda w pierwszym pojedynku Eastern Conference Finals przeciwko Tłokom. Wspomnień czar…

Kolejne lata nie przyniosły podobnych sukcesów, pomimo zatrudnienia Vince’a Cartera, a co za tym idzie – fantastycznego porozumienia backcourtu Nets. Tak czy inaczej, należy pokłonić się z należytym szacunkiem nad dokonaniami Jasona i spółki, gdyż nie okazywali rywalom żadnego politowania. Grali przebojowo muzykę klasyczną. Jeżeli za pomocą człowieczego spojrzenia można by było słuchać, to zagrania Nets – zwłaszcza Jasona Kidda – symbolizowałaby najpiękniejszą symfonię dla oczu sympatyków koszykówki.

19 lutego 2008 roku J-Kidd znowu stał się częścią większego transferu, kiedy to powrócił do Dallas Mavericks w pakiecie z Malikiem Allenem, natomiast do New Jersey trafili: Devin Harris, Devean George, Jerry Stackhouse, DeSagana Diop, Maurice Ager oraz dwa wybory w pierwszych rundach draftu (2008, 2010).

Need for Kidd

Nigdy nie jesteś za młody czy za stary by pracować nad swoją grą. W wieku 38 lat zawsze czułem, że muszę lepiej rzucać, jeśli chcę pomóc swoim kolegom i w ogóle wyjść na boisko. Kiedy jesteś starszy nie chodzi o statystyki, trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Musisz wierzyć w siebie i polegać na tym, co wypracowałeś.

Tymi słowami Jason Kidd potwierdził, że nigdy – pod żadnym pozorem – nie wolno dać sobie wmówić, iż jest się zawodnikiem kompletnym. Aby dopełnić formalności i poprawić własny rzut, zatrudnił trenera osobistego – Boba Thate’a. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dotąd nasz bohater trafiał coś około 35% prób zza łuku w karierze, lecz po zajęciach z Thatem jego skuteczność wzrosła do 46.1% w premierowym sezonie po powrocie do Mavs. W dwóch kolejnych latach również grzeszył skutecznością z dystansu – 40.6% oraz 45.2%. Szczególnie zapadła mi w pamięć historia z meczu New York Knicks przeciwko Los Angeles Clippers. Thate obejmował stanowisko szkoleniowca rzutowego w ekipie z Miasta Aniołów, prowadzonej przez Vinny’ego Del Negro, i doradzał w tym temacie… Kiddowi. Najbardziej uradowana sytuacją zaprezentowaną na poniższym filmiku była załoga ESPN-u. Polecam!

Odnośnie Mavs – ci swoją podróż po mistrzostwo NBA z Kiddem odbyli w 2011 roku, gdy w pierwszej rundzie fazy posezonowej uporali się z Portland Trail Blazers (4-2), potem podarowali sweepa Los Angeles Lakers (4-0), by finałach Zachodu utrzeć nosa Oklahomie City Thunder (4-1). NBA Finals, Dallas Mavericks kontra Miami Heat. Aż pozwolę sobie przypomnieć poszczególnych zawodników obu drużyn. Mavs: Jason Kidd, Dirk Nowitzki, Shawn Marion, Tyson Chandler, Jason Terry, JJ Barea, Ian Mahinmi. Heat: LeBron James, Dwyane Wade, Chris Bosh, Mario Chalmers, Udonis Haslem, Mike Miller, Mike Bibby. Znakomite zespoły, kapitalna rywalizacja. Zwrotów akcji w tej serii było multum, ale dla mnie głównym czynnikiem ostatecznego triumfu Dallas było urwane zwycięstwo na terenie przeciwników w Game 2. Nakłaniam was w tym momencie do zażycia pigułki finałowej z perspektywy J-Kidda.

Jason Kidd zakończył karierę sportową w 2013 w barwach New York Knicks, następnie nadeszły czasy trenowania (Brooklyn Nets, Milwaukee Bucks). Co królewskie, królowi. Co cesarskie, cesarzowi. Co gwiazdorskie, gwiazdorowi. Zatem pokrótce. Gość potrafił trafić dagger-shot, rujnując doszczętnie Brooklyn…

…rozdać 20 asyst w jednym meczu, wyprzedzając na liście najlepiej podających „Magica”…

…rzucać przez 3/4 parkietu równo z syreną kończącą kwarty, gdy reprezentował teksańskich Mavericks, jak i nowojorskich Knicks…

…a do tego mieć niezły ubaw ze starym przyjacielem – Grantem Hillem:

Ktoś może mi zarzucić, że nawet słowem nie napomknąłem na temat problemów rodzinnych Kidda. Ani trochę o kłótniach z małżonką, żadnych wzmianek o zdradzieckich romansach, nic o wypadkach samochodowych spowodowanych nadmiernym spożyciem alkoholu. Chwila! Właśnie to zrobiłem, tylko czy rzeczywiście chcemy posiadać taki portret Jasona Kidda w swojej prywatnej kolekcji sztuki? Czy za te draki zostanie członkiem Galerii Sław Koszykówki? Myślę, że na tego typu rozterki jest przeznaczone inne miejsce, gdzieś w cmentarnej głuszy, w najgłębszej z katakumb, do której nikt nie ma dostępu. Skupmy się wyłącznie na fenomenie sportowym, a ten – chcąc nie chcąc – jest niepodważalny. Tytułem puenty… Top 45 asyst w wykonaniu J-Kidda.

Drodzy czytelnicy, kto ma zostać bohaterem następnego „Hall Of Famera”? Steve Nash czy Ray Allen? Na wasze głosy w komentarzach czekam do wtorku wieczorem. Pozdrawiam!

13 Komentarze

  1. Super. Mialem szczęście oglądać go w Dallas w mistrzowskiej kampanii.
    Dawaj Jesusa Shutlewortha aka Reyna Allena !

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Kidd świetnie grał wówczas w defensywie przeciwko LeBronowi oraz Wade’owi. Dzięki. 🙂

  2. Ciężki wybór. Hmm, dawaj Nasha.

  3. Jeszcze jakbyś mógł, to fajnie byłoby dodawać statystyki np. z najlepszego sezonu, średnie z całej kariery. Analogicznie z Play off.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Okej, nie widzę problemu. Trafiłeś w sedno. Zajmę się przy kolejnym artykule. 🙂

  4. a może Mutombo? Kidd spoko gość lubiłem go w Nets z Jeffersonem, Martinem, dobra ekipa

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Mutombo już był. Grzegorz Kowalczyk – nasz redakcyjny kolega – opisał tego jegomościa. 🙂

      http://nbalabs.pl/najlepsi-obroncy-dikembe-mutombo/

  5. a sorry nie doczytałem, wolę Nasha, Allen miał o jeden rzut za dużo…

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Pamiętam ten rzut. Pamiętają go chyba wszyscy sympatycy NBA.
      Cóż, bywa. Nie ma co się jednak nad tym rozwodzić. Głowa do góry! 😉

  6. Penny… a nie , stój. Nash jak już muszę się ograniczyć do tego wyboru…

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Penny i wielu innych będzie opisanych w przyszłości. 🙂

  7. Ray Ray

  8. J.Shuttlesworth, the Sugar Ray a Steve jako nastépny pliz

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *