Labs Raport: Rockets odzyskują przewagę parkietu!

Mateusz Jakubiak Strona Główna Wyniki 2

Game 4 w Finałach Konferencji Zachodniej wydawała się być kluczową potyczką dla losów rywalizacji Golden State Warriors z Houston Rockets. Zwycięstwo tych pierwszych dałoby im prowadzenie 3-1 i luz w starciu podczas kolejnego meczu. Najlepszy zespół sezonu zasadniczego liczył na wygraną na nieprzyjemnym parkiecie, aby odzyskać przewagę własnej hali. Plan powiódł się w przypadku „Rakiet” i to one właśnie okazały się lepsze podczas spotkania minionej nocy w Oracle Arena.

Ekipę z Teksasu do sukcesu zaprowadził duet James Harden – Chris Paul. Pierwszy zapisał na swoim koncie 30 punktów i po 4 asysty oraz zbiórki, zaś rozgrywający dołożył o trzy oczka mniej i rozdał tyle samo ostatnich podań. Rockets byli w stanie przetrzymać szalejącego w drugiej połowie Stephena Curry’ego (28 punktów, 6 zbiórek w Game 4) i po świetnej czwartej kwarcie (25-12 dla gości) wywieźli z hali mistrzów NBA niezwykle ważne zwycięstwo.

Chris Paul zebrał piłkę po niecelnym rzucie Klaya Thompsona w ostatnich sekundach meczu i zaczął świętować przed kibicami „Wojowników”. Później okazało się jeszcze, że Shaun Livingston faulował playmakera przyjezdnych i ten zakończył rywalizację jednym trafieniem z linii rzutów wolnych.

GSW mieli naprawdę dużo szans na zmianę losów potyczki w końcówce. Na 1:27 przed końcową syreną Rockets prowadzili 94-91, a dwa razy w ciągu kilku sekund zza łuku przestrzelili Curry i Thompson. Później zaledwie jeden rzut wolny trafił Draymond Green i okazało się, że było to ostatnie oczko gospodarzy w rywalizacji tego wieczoru.

W pierwszej piątce Warriors pojawił się po raz pierwszy w karierze w playoffs Kevon Looney, który zastąpił kontuzjowanego Andre Iguodalę (niepewny gry w następnym spotkaniu). „Debiutant” zakończył starcie z dorobkiem czterech punktów oraz sześciu zbiórek. Miejscowi mogli się przestraszyć również wtedy, gdy do szatni powędrował Klay Thompson w drugiej kwarcie, jednak był on w stanie powrócić do gry.

Warto dodać, że po raz ostatni w playoffs w Oracle Arena gospodarze przegrali podczas… ostatniego spotkania Finałów NBA 2016 z Cleveland Cavaliers. Od tamtej wygrali szesnaście potyczek z rzędu i pobili rekord Chicago Bulls Michaela Jordana, którzy zanotowali piętnaście takich triumfów.

Game 5 odbędzie się w Toyota Center w nocy z czwartku na piątek o godzinie 3:00 czasu polskiego.

Houston Rockets @ Golden State Warriors, 95-92
stan rywalizacji: 2-2

2 Komentarze

  1. Bardzo dziwna jest ta seria, a apogeum osiągnął ostatni mecz.
    Początek pierwszej kwarty i GSW mogło spokojnie odjechać na 20 punktów, ale z jakiegoś powodu postanowili nie skorzystać z prezentu w postaci fatalnej skuteczności Rockets. Curry popadł w nadmierną ekscytację i rzucał skąd popadnie, Durant jakby bez rozgrzewki. A Harden i CP3 nareszcie dojechali do Oakland, zwłaszcza ten drugi mi zaimponował zaangażowaniem i odwagą do podejmowania decyzji rzutowych, a do tego świetną grą w obronie.
    Trzecia kwarta to oczywiście znów zryw Warriors, ale odnoszę wrażenie że i za późno i za krótki. Znów Steph napalił się nadmiernie po kilku trafionych rzutach i zaczął siłować wejścia pod kosz, a że Rockets nastawili się na to odpowiednio po timeoutcie D’Antoniego (nareszcie reakcja w odpowiedniej chwili), to i udało im się znów nadrobić straty w Q4.
    Bardzo brakowało Iggy’ego, mecz skomplikowało zejście Thompsona, skutecznością nie grzeszył Durant. Ale na tym etapie nie ma już miejsca na słabsze mecze.

    Seria 16 wygranych jest już historią, a GSW mają twardy orzech do zgryzienia – muszą znów urwać jeden mecz w Houston.

  2. Ile razy pisałem, że „niesamowity mecz” i takie tam..? Kocham NBA, kocham basket właśnie za to, że jest tyle emocji, tyle scenariuszy, tyle możliwości… A wszystko zaczęlo się od strzelaniny i szarpaniny i 12:0 na GSW. Mistrzowie ciągnęli ok 10 pkt przewagę dość długo, aż zaskoczył James. Konkretnie to James Harden. Praktycznie w pojedynkę dogonił Hampton 5 (w pewnym momencie miał więcej punktów niż cała reszta drużyny) a w 3Q wyszli wręcz na +10.
    Czas. Przerwa. Taktyka.
    Wojownicy pokazali klasę – Curry trzepnął 3/3 w ciągu minuty i pewnym czasie zrobiło się +10 na GSW.
    Ostatnia kwarta to prawdziwe szachy – wielki szacun dla CP3, bo poustawiał figury wyśmienicie.
    Niemniej jednak niewiele brakowało, by Dubs wygrali to spotkanie…
    Postanowili jednak je przegrać. Mogę się pomylić co do ilości odpalonych trójek pod koniec, ale chyba ze 4-5 trójek przestrzelili, zamiast poklepać piłkę i spokonie rzucać spod kosza.
    Powiedzieli sobie – „Jesteśmy tacy fajni, że na pewno wygramy!”, ale wtedy trójeczki przestały się wkręcać.
    Dlaczego zatem nie próbowali rzucać za dwa i faulem przerywać akcję przeciwników, jak nakazuje tradycja? Jeno rzucali te trójeczki ze sporej odległości?
    Lepiej brzydko wygrać niż pięknie przegrać. To są Play – Offy!

    Zadziwiająco cichy był Durant. Niby swoje rzucił, ale nie był liderem, ani nie trafiał ważnych rzutów. Wiem, że to śmiesznie brzmi, skoro trafił całkiem sporo, ale grał jakby na pół gwizdka…

    Imponuje mi również Eric Gordon. Końcówka meczu – masz 0/6 za trzy a ten rzuca i w końcu trafia!
    Dodatkowo trafia daggera! Nerwy ze stali i wiara we własne umiejętności – Brawo Rockets!
    Wprawdzie ciągle widzę Wojowników w finale, to i tak muszę oddać, że rywalizacja jest piękna!

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *