NBA od kuchni: Ciemna strona wolnej agentury

Marta Kiszko Inne NBA od kuchni Strona Główna 2

Okres wolnej agentury nam kibicom kojarzy się z tą częścią kalendarza NBA, w której mimo, że zawodnicy nie wychodzą na parkiet i nie rozgrywają żadnych pojedynków, to emocje potrafią sięgać zenitu. To ten moment ekscytacji, kiedy nagle wypłynie zmieniająca oblicze konferencji informacja. Dla wielu kibiców najciekawszy moment w całym sezonie NBA. Stoimy z boku, obserwujemy, jesteśmy zalewani plotkami i tylko odliczamy czas do połowy października, aby móc wstępnie zwalidować sensowność ruchów wykonanych przez nasze ulubione drużyny.

Najlepiej jednak poziom emocji podczas offseason oddaje ten filmik:

Tymczasem dla zawodników NBA moment wolnej agentury potrafi być tą chwilą, która całkowicie zmienia całe życie o 180 stopni. Jeżeli wszystko poszło pięknie i gładko, gracz może spać spokojnie i cieszyć się nowym, lukratywnym kontraktem. Nie każdego jednak stać na taki luksus. Dla niektórych z wolnych agentów, ten moment to test ostateczny i może być równie ekscytujący, co przerażający.

* * *

Czterokrotny All-Star, Kyle Lowry, dobrze wie o co chodzi. Został wolnym agentem po sezonie 2016/17 i – jak to sam określił – to doświadczenie było dla niego emocjonalnym rollercoasterem. Z jednej strony było to niezwykłe przeżycie, z drugiej – stresujące. Ostatecznie Lowry nie miał żadnego problemu ze znalezieniem pracodawcy. Toronto ponownie zaufali mu na tyle, że w 2017 roku zaoferowali mu trzyletni kontrakt na sumę 90 mln dolarów.

Gdy w tym roku Paul George podejmował decyzję o pozostaniu w Oklahomie City i rozegraniu kolejnych dwóch kampanii dla lokalnych Thunder, przyznawał, że wolna agentura była przytłaczająca. George zwracał uwagę nie tylko na aspekt typowo koszykarski, ale i rodzinny. Zawodnicy nierzadko stoją przed ciężkim wyborem i muszą brać pod uwagę inne czynniki, niż jedynie wpasowanie w system gry danej drużyny. LeBron James swoje przejście do Lakers motywował, m.in. rodziną.

Kibice nie zdają sobie sprawy, jak stresujący jest okres wolnej agentury dla zawodników NBA. Niezależnie od tego, czy jesteś supergwiazdą, czy „szeregowym” graczem jakiejś drużyny. J.J. Redick nie wspomina dobrze swoich doświadczeń z tym gorącym okresem w NBA.

„Wydaje Ci się, że wolna agentura to proces, który możesz kontrolować i w jakimś stopniu możesz być pewien niektórych rzeczy. W rzeczywistości – a przynajmniej mojej rzeczywistości w ciągu trzech razy, gdy zostawałem wolnym agentem – nie masz żadnej pewności. Żadnej kontroli.”

Dobrym przykładem może być znów LeBron James, od którego decyzji zależało to, jak potoczy się dalej wolna agentura. Drużyny czekają na najważniejszy ruch podczas offseason „grubej ryby”, która popycha machinę do przodu i w późniejszym czasie kształtuje cały obraz konferencji, a co za tym idzie całej ligi. JJ Redick zwraca na to uwagę w swoim 15-minutowym dokumencie dla Uninterrupted, który ujrzał światło dzienne w zeszłym roku, 20 lipca 2017:

„Może wydarzyć się wiele rzeczy, które wpłyną na to, jakie pieniądze, jaką długość kontraktu zaoferują ci drużyny. Jesteś więc tylko obserwatorem tej całej sytuacji i właściwie musisz być w gotowości, żeby szybko podjąć decyzję, gdy nadarzy się jakaś okazja.[…] Mam żonę i dwójkę dzieci, więc przy podejmowaniu decyzji muszę mieć też ich na względzie.”

* * *

Zdarza się jednak też tak, że wolna agentura wcale nie idzie z płatka, a zawodnicy ostatecznie zostają na lodzie. Powodów jest kilka i nie zawsze rozbijają się one sportowe umiejętności.

Anonimowi gracze zwracają uwagę na to, że niekiedy to agenci mogą nieźle nabruździć podczas free agency. Jeden z zawodników podczas rozmowy z HoopsHype podzielił się swoją historią. Graczowi był dostępny na rynku jako niezastrzeżony wolny agent i właściwie miał już dogadane warunki z jedną z drużyn NBA. Obie strony były zadowolone, ale w międzyczasie okazało się, że jego agent, który reprezentował także innego zawodnika, zakontraktowanego przez tę samą drużynę, w której potencjalnie miałby grać bohater tej historii, chciał po prostu załatwić lepszy deal dla tego obecnego w teamie zawodnika. Naszego anonimowego gracza chciał „opchnąć” na mniejszym kontrakcie, byleby tylko udało się wynegocjować lepsze warunki dla tego drugiego.

Inny zawodnik z kolei przytacza sytuację, w której jego przyjaciel był wolnym agentem, wokół którego powstawały niezliczone ilości plotek. Co chwilę ktoś wypuszczał informacje na temat planów tego wolnego agenta, choć on sam nie rozmawiał z żadną prasą. Obaj postanowili, że najlepiej będzie znaleźć przeciek we własnym obozie, więc sam zainteresowany podał fałszywą informację swojemu agentowi, by sprawdzić, czy chwilę później ukaże się ona do wiadomości publicznej. Jak się domyślacie, nie trzeba było długo czekać, aby nieprawdziwa plotka poszła w obieg. Jak się też domyślacie dalej, agent został zwolniony.

Tego typu opowieści o agentach można mnożyć i mnożyć, ale zawodnicy jak ognia unikają zatrudniania agentów, którzy reprezentują interesy innych graczy o podobnym profilu i zestawie umiejętności. W niektórych przypadkach dochodziło do takich sytuacji, że agent faworyzował jednego gracza nad drugiego i w konsekwencji któryś z nich czuł się pokrzywdzony.

* * *

Niekiedy zdarza się, że zespoły NBA wycofują swoją ofertę na ostatnią chwilę. Zawodnik właściwie miał już dogadane warunki, nastawił się na to, że będzie grać dla drużyny X, a ostatecznie organizacja wolała podpisać kogoś młodszego i za mniejsze pieniądze. Z jednej strony takie jest prawo rynku, z drugiej musi to być niezwykle rozczarowujące zwłaszcza dla świeżych zawodników w NBA. Ci ponoć mają trudności z negocjacją kontraktów. Wielu graczy wskazywało, że młodych bardzo łatwo wykiwać, bo i tak są nieprawdopodobnie wdzięczni za możliwość gry w NBA i wiele im do szczęścia nie potrzeba. Jeden z zawodników opowiadał, że wielokrotnie słyszał, że młodzi chcieli coś uwzględnić w nowym kontrakcie, ale drużyna zasłaniała się, mówiąc, że „o tym to pogadamy później” albo „tego nie potrzebujesz w umowie”.

Gdy jednak stresujący proces wolnej agentury dobiega końca i mimo wszystko ma pozytywny rezultat, bo zawodnik ma zagwarantowane zarobki przez jakiś okres, okazuje się jednak, że oczekiwania były inne i niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Zdarza się bowiem tak, że na etapie dogadywania szczegółów z GM-em, zapewnia on gracza o jego konkretnej roli w zespole, ale później przychodzi trener i wywraca wszystko do góry nogami. Jeden z zawodników miał w swojej karierze dokładnie taką sytuację:

„Podpisałem kontrakt zagranicą. Prezydent klubu zachwycał się moją grą. Ciągle mówił o moich umiejętnościach, przywoływał moje najlepsze mecze, więc ewidentnie wiedział jakiego typu graczem jestem. Pomyślałem sobie, że będzie to dla mnie świetna szansa, ale później poznałem trenera tej drużyny. Zanim zaczął się sezon, ten szkoleniowiec trenował tylko drużyny z dolnej półki. Gdy podpisałem kontrakt, wydawało mi się, że trafiłem idealnie. Front office wyjaśnił mi moją rolę. Chcieli, abym więcej rzucał i cały czas podkreślali, że są pod wrażeniem mojej gry. Cóż, nie wiem, czy ten trener kiedykolwiek widział, jak gram, czy może chciał spróbować czegoś nowego, ale zapragnął zmienić całkowicie moją grę. Chciał, abym na boisku robił rzeczy, których nigdy jeszcze nie robiłem, które były dla mnie zupełnie nowe. Jestem punktującym obrońcą i zawsze grałem w ten sposób. Z jakiegoś powodu chciał, żebym był first-pass obrońcą. Nawet powiedział mi, żebym modelował grę po Rickym Rubio, mimo, że do niego było mi tak daleko, jak tylko mogłoby się wydawać. Ten trener wkurzał się, gdy nie podawałem piłki za każdym razem, gdy ją otrzymywałem. Żeby była jasność – dzielę się piłką, ale każdy wie, że moim konikiem jest rzucanie i punktowanie. Każdy poza nim. Ostatecznie opuściłem drużynę z tego powodu. Teraz mam nauczkę na przyszłość, aby nigdy nie decydować się na grę gdzieś zanim nie pogadam z trenerem. Musisz poznać trenera, a nie tylko prezydenta klubu. To trener będzie miał ostateczny wpływ na to, w jaki sposób będziesz wykorzystywany na parkiecie.”

* * *

O ile w powyższych przypadkach można zwalić winę na osoby trzecie i środowisko, tak jest jedna rzecz, której zupełnie nie da się przeskoczyć – czekania. Czekania, które dłuży się i dłuży, a zawodnik siedzi na gorącym krześle i przez ten czas ciągle zastanawia się, jak może wyglądać jego przyszłość. To jest coś, na co zupełnie nie masz wpływu – nie tylko jako zawodnik NBA, bo przecież przykładów daleko nie trzeba szukać. Idziesz na rozmowę kwalifikacyjną, dogadujesz się z potencjalnym pracodawcą, praca Ci podpasowała i właściwie pozostaje tylko dostać maila z wymowną treścią „Chcemy Ciebie!”. Czekanie sprawia, że dni się dłużą, a Ty ostatecznie zaczynasz w siebie wątpić i tracisz pewność siebie.

„Zupełnie się tego nie spodziewałem, że pewnego lata podpisanie kontraktu zajmie mi miesiąc. Wydawało mi się, że zagrałem naprawdę dobry sezon i oczekiwałem, że otrzymam szybko dobrą ofertę. Kilka drużyn przejawiło wcześnie zainteresowanie, więc naturalnie byłem tym podekscytowany. Ale chwilę później, jedna po drugiej, zaczęły robić inne ruchy na rynku transferowym. Jestem już po paru tygodniach wolnej agentury i nadal nie mam kontraktu. Mój agent mówił mi, że zostało na rynku niewiele pieniędzy i nie ma takiej opcji, abym dostał taką propozycję, jakiej oczekiwałem, więc najlepiej byłoby dla mnie, abym pojechał zagranicę lub podpisał jednoroczną umowę, aby znów za rok znaleźć się na rynku wolnych agentów. Szczerze mówiąc, byłem tak sfrustrowany, że powiedziałem mojemu agentowi, rodzinie i przyjaciołom, że rezygnuję z grania w kosza. Chciałem się wycofać. Nie chciałem grać zagranicą, nie chciałem żadnej jednorocznej umowy. Miałem to gdzieś. Każdemu powtarzałem, że już nie chcę grać w koszykówkę. Byłem w aż takiej depresji. W końcu jednak przyjąłem jednoroczną ofertę, gdy tylko ochłonąłem, ale gdzieś tam po głowie chodziło mi zrezygnowanie z tego wszystkiego przez to, jak potoczyła się moja wolna agentura. Czułem, że niesamowicie ciężko pracowałem i nie opłaciło mi się to.”

* * *

Ostatnio tematem szeroko komentowanym za oceanem jest zdrowie psychiczne koszykarzy, które niegdyś jeszcze było traktowane jako tabu. DeMar DeRozan i Kevin Love jako pierwsi otwarcie opowiedzieli o swoich problemach i o codziennych wyzwaniach związanych ze stawianiem im czoła. Skoro – jak się okazuje – tego typu zaburzenia dotykają wielu zawodników NBA, na ile to właśnie stres związany z wolną agenturą może być ich przyczyną? Cykliczna zmiana miejsca, niepewność i brak stabilizacji nie muszą, ale mogą pośrednio wpływać na psychiczny komfort graczy, którzy – jak to określił J.J. Redick – nie są robotami.

Jakkolwiek by to nie brzmiało, ta liga to jednak biznes. Spójrzmy chociażby na ostatnią wymianę DeMara DeRozana, który był twarzą Toronto Raptors, czy zupełnie niespodziewany trade z udziałem Blake’a Griffina. W ostatecznym rozrachunku ma to się opłacić organizacji. Nie ma sentymentów. A najlepiej wie o tym nikt inny, jak Danny Ainge.

2 Komentarze

  1. No cóż, takie życie sportowca. Niezależnie od tego czy jest piłkarzem w Europie, rugbystą w Australii czy koszykarzem w USA. Jak nie jest sportowcem tylko pracownikiem na kontrakcie to też tak ma. Też może mieć rodzinę, też może musieć zmienić miejsce pracy, też nie wie czy dostanie tak dobrą ofertę na jaką myśli, że zasłużył. Tez jest to uzależnione od sytuacji na rynku.
    Trudno mi im jednak współczuć. Chętnie podpisałbym roczny kontrakt za minimalna stawkę 🙂

    1. Niby tak 🙂 Ale z drugiej strony są podatki, prowizje dla agentów, koszty utrzymania, z pewnością też wiele nieprzewidzianych (i trudnych do uniknięcia) wydatków związanych z trybem życia koszykarzy… Śmiem twierdzić, że z tego minimalnego kontraktu zostałyby jedynie wspomnienia z fantastycznej przygody i funkcjonowania w świecie NBA, bo na pewno nie pieniądze.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *