NBA od kuchni: Co przynosi szczęście podczas loterii draftu?

Marta Kiszko Inne NBA od kuchni Strona Główna 0

Gdy na moment dyskusje o Playoffach zostają zawieszone, wraca temat loterii draftu. Phoenix Suns, Sacramento Kings i Atlanta Hawks to zespoły, które jako pierwsze będą wybierać przyszłych debiutantów. Loteria to jedno z bardziej wyczekiwanych wydarzeń w sezonie NBA i przedsmak tego, co funduje nam liga pod koniec czerwca, gdy dowiadujemy się, gdzie wylądują przyszłe wielkie nazwiska i jakie wymiany zrobią GM-owie tej nocy. Większość zespołów NBA wierzy w to, że będą w stanie obrócić los na swoją korzyść, zgarnąć wymarzoną jedynkę w drafcie i potem cieszyć się grą najlepszego dostępnego zawodnika. Drużyny są przesądne i na przestrzeni kilkudziesięciu lat były na to ciekawe przykłady.


W sezonie 1984/85 New York Knicks byli jedną z najgorszych drużyn, a co za tym idzie mieli spore prawdopodobieństwo wylosowania wysokiego picku w drafcie. Dostępnych było kilka ciekawych nazwisk – Ewing, Schrempf, Malone, Dumars, czy Oakley. Podczas loterii draftu Knicksów reprezentował dwukrotny – nieżyjący już – Mistrz z lat ’70 i członek Hall of Fame, Dave Debusschere. Na szczęście zabrał ze sobą podkowę konia o imieniu On The Road Again. Zwierzę brało udział w wyścigach i wygrywało w nich aż 44 razy. Przedmiot okazał się przynieść szczęście, bowiem New York Knicks otrzymali pierwszy wybór, wygrywając po raz pierwszy loterię draftu. Z jedynką sięgnęli po Patricka Ewinga, który czternastokrotnie prowadził Knickerbockers do Playoffów, ale ani razu nie zakończył żadnej z tych kampanii mistrzostwem.

Nie obyło się bez kontrowersji wokół tego draftu. Powstała teoria konspiracyjna jakoby loteria była ustawiona przez Davida Sterna.

Nie tylko Knicks „wspomagali się” konkretnymi przedmiotami, które miały przynosić fart podczas losowania. Boston Celtics sięgali po różne środki. W 1998 roku ówczesny GM Celtów, Chris Wallace zwrócił się po artefakt „na szczęście” do samego Reda Auerbacha, a ten odesłał mu swoje cygaro. Auerbach mieszkał wówczas w Waszyngtonie. Celtics wysłali mu kopertę z adresem do wysyłki i poprosili go, aby zapalił cygaro, wziął kilka „machów”, zgasił i wysłał je z powrotem. Boston wcale nie przesunął się wyżej w loterii, ale ostatecznie jako 10. pick powędrował do nich Paul Pierce, a co działo się dalej – wszyscy wiemy…

Znalezione obrazy dla zapytania on the road again horse

W 2014 roku Celtowie postawili na krawat, ale nie byle jaki, bo w leprykony. Steve Pagliuca włożył go na losowanie, a później Celtics wybrali Marcusa Smarta.

W tym samym roku także Philadelphia 76ers liczyli na łut szczęścia i dzięki pewnemu przedmiotowi mogli cieszyć się później 3 pickiem, czyli Joelem Embiidem. Lokalna radiostacja 97.5 The Fanatic zorganizowała konkurs na szczęśliwy przedmiot. Zgłosił się fan, który był w posiadaniu kawałka zbitego szkła z tablicy, którą w 1979 roku rozbił Darryl „Chocolate Thunder” Dawkins, po tym, jak zrobił niesamowity, potężny wsad.

Sixers nie byli jedyną drużyną, która ogłosiła konkurs na szczęśliwy fant. Kilkanaście lat wcześniej, w 1987 roku zorganizowali go także San Antonio Spurs po tym, jak zaliczyli drugi najgorszy w historii klubu sezon. Wygrał fan Roberto Pachecano, który przekazał swój krawat bolo z inkrustowanym wewnątrz czerwonym kameleonem i starą, żelazną ostrogą. Przedmiot chyba rzeczywiście miał w sobie jakąś magiczną moc, ponieważ Spurs pokonali w loterii Phoenix Suns i z jedynką powędrował do nich jedyny w swoim rodzaju Admirał – David Robinson.

Niektóre zespoły wierzą także, że obecność konkretnej osoby może przynieść prezent od losu w loterii. Orlando Magic na swojego reprezentanta wybierali wielokrotnie Pata Williamsa, który przyczynił się do powstania organizacji z Florydy. Williams był obecny chociażby podczas loterii w 1992 roku, kiedy to Magicy wybrali Shaqa O’Neala i w 2004 roku, gdy sięgnęli po Dwighta Howarda.

Z kolei właściciel Cleveland Cavaliers, Dan Gilbert, wysyła na loterię swojego syna, Nicka w swoim szczęśliwym krawacie. Nick Gilbert obecny był w 2011 i 2013 roku, kiedy to Cavs wybrali odpowiednio: Kyriego Irvinga i Anthony’ego Bennetta. W 2014 roku syn właściciela Cavaliers nie pojawił się na loterii, ale przekazał swoją słynną muszkę. Zespół miał wówczas zaledwie 1.7% szans na pierwszy wybór, ale ostatecznie to do nich powędrował ten pick. Cavaliers użyli go później na Andrew Wigginsa, którego – po powrocie LeBrona do Ohio – przehandlowali za Kevina Love’a.

W kategoriach przedmiotów – co najmniej – dziwnych ciężko wybrać jednego faworyta. W 1998 roku menedżer Sacramento Kings, zdecydował się na zabranie ze sobą zabawki Pana Bulwy z Toy Story. Drużyna z Północnej Kalifornii na siódmym miejscu postawili na Jasona „White Chocolate” Williamsa, który potrafił podawać łokciem.

Warrios natomiast swój los powierzyli… krowiemu magnesowi, którego zabrał ze sobą na loterię draftową ich ówczesny trener, Don Nelson. Jeżeli po przeczytaniu słów „krowiemu magnesowi” nie przyszło Wam jeszcze do głowy użyć Google’a, spieszę z wyjaśnieniem. Krowi magnes to taki rodzaj magnesu (podobnego do pocisku), który umieszcza się w żołądku krowy, żeby wyłapywał metalowe ciała obce. Krowa przypadkiem może pożreć jakiś gwóźdź, czy coś w podobie, a magnes ma ochronić ją przed poharataniem narządów. Porzucając wątek rodem z SGGW: zadziałało! Krowi magnes sprawił, że Warriors – mimo zakończenia sezonu z dopiero siódmym najsłabszym wynikiem – nie tylko wybierali w drafcie jako trzeci, ale zrobili wielką wymianę z Orlando Magic. Pick Magików w postaci Chrisa Webbera powędrował do Wojowników, a ci w zamian za gracza oddali swój trzeci wybór, czyli Penny’ego Hardawaya i trzy przyszłe pierwszo-rundowe picki. Krowi magnes okazał się być nie tylko antidotum na żelazne obiekty w żołądkach krów, ale i przynoszącym szczęście w NBA przedmiotem.

W historii loterii draftu były też takie drużyny, które do tematu podchodziły w nieco bardziej „uduchowiony” sposób. W 2005 roku Los Angeles Lakers reprezentowała Jeanie Buss, która na loterię zabrała ze sobą kamień z symbolami rdzennych mieszkańców Ameryki. Dostała go – zgadliście – od Phila Jacksona. Jeziorowcy nie przesunęli się wyżej w drafcie i wybierali z 10. numerem. Sięgnęli jednak po Andrew Bynuma, który dwukrotnie zdobywał z nimi mistrzostwo NBA i generalnie okazał się lepszym graczem niż niektórzy zawodnicy wybrani przed nim.

Dwa lata później, w 2007 roku, Minnesota Timberwolves uznała, że najlepszym artefaktem, który może spowodować, że los się do nich uśmiechnie, będzie woda święcona. Kilku członków organizacji pojechało do górskiego miasteczka Lourdes we Francji, gdzie w 1958 r. ukazała się Matka Boska. Zabrali stamtąd trochę wody święconej, którą następnie przekazali reprezentującemu ich Randy’emu Foye. Ostatecznie wybierali w drafcie z numerem 7, stawiając na Coreya Brewera. Zawodnik spędził niecałe cztery sezony w barwach Timberwolves.

W kategorii nieszablonowych i uduchowionych próbach pośredniego wpłynięcia na wynik loterii, warto jeszcze wspomnieć o Indianie Pacers w 1989 roku. Zespół rozegrał jeden z najgorszych sezonów (88/89) w historii tej organizacji. Mieli już Reggiego Millera, budowali skład w oparciu o niego i po prostu liczyli na to, że ten draft będzie w stanie ich wzmocnić. Donnie Walsh, który zajmował się w klubie koszykarskimi operacjami, postanowił zwrócić się do wróżki. Kobieta miała pozytywnie wpłynąć na przebieg loterii i przynieść szczęście Pacers. Eksperyment nie powiódł się, Indiana wybierała tak, jak się spodziewano, czyli na siódmym miejscu. Klub zadecydował o zainwestowaniu w talent George’a McClouda, który spędził w Indianie zaledwie cztery lata, notując w ich barwach średnio 5.5 punktów. Po nieudanej przygodzie z Pacers przeniósł się na rok do Włoch, by znów powrócić do NBA i zostać do sezonu 2001/02.

Obecna loteria nie przyniosła tak wielu pasjonujących historii. Jim Pittman – vice prezydent klubu Phoenix Suns – zabrał ze sobą zdjęcie Brittney Griner i Diany Taurasi z autografami (koszykarki wybrane z jedynką w drafcie, mistrzynie olimpijskie). Josh Jackson z kolei założył „szczęśliwą” bieliznę. Gdy Zach Lowe, dziennikarz ESPN, zapytał go o to, czy w ogóle powinien zadawać pytanie dlaczego przynosi szczęście, zawodnik Suns odpowiedział: „Prawdopodobnie nie.”.

Mike Zarren, asystent GMa Bostonu, zabrał ze sobą vintage’ową kurtkę Celtics marki Starter, w której od dziecka zawsze przychodzi na mecze w TD Garden. Nie założył jej na loterię draftu, trzymał ją w reklamówce, ponieważ – jak sam powiedział – gdyby ją włożył w dzień meczu (wówczas odbywało się spotkanie Celtics-Cavaliers), mógłby „rozzłościć tym koszykarskich bogów”.

GM Grizzlies, Chris Wallace, miał przy sobie różowy długopis, który jeden z kościołów katolickich w Memphis rozdawał podczas Mszy Św. z okazji Dnia Matki. Niedźwiedzie jednak wylądowali poza podium i w drafcie będą wybierać z numerem 4.


Kluby rzeczywiście zdają się być przesądne i wierzyć w to, że dany artefakt lub osoba mogą zaważyć na wyniku loterii. Mieliśmy jednak kilka przykładów, że nawet te przedmioty ze sfery sakralnej nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wynik losowania to po prostu mieszanka szczęścia oraz matematyki i albo przechylisz się w stronę tego pierwszego, albo w stronę królowej nauk. Wiara w takie artefakty to swego rodzaju ludzki atawizm, który znany jest naszemu gatunkowi od zarania dziejów. Jako ludzie zawsze będziemy doszukiwać się związku przyczynowo-skutkowego i jeżeli raz coś się sprawdzi, będziemy to utrwalać. Takie zachowanie ma miejsce zwłaszcza w przypadku niepewności. Napisano o tym już setki książek, ale jakie to ma znaczenie w kontekście loterii draftu? To mogą być krowie magnesy, woda święcona, podkowa mistrzowskiego konia. Nie ważne. I o ile nie można zweryfikować wpływu artefaktu na szczęście w loterii, NBA zawsze zweryfikuje talent wybranego zawodnika.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *