Oko Cyklonu: Zdrowie! – nasze (red)aktorskie i miasto prywatne

Mateusz Połuszańczyk Felietony Oko Cyklonu Strona Główna 4

Zanim na dobre rozpocząłem tworzenie poniższego tekstu, zastanawiałem się co tak naprawdę chcę w nim poruszyć. Zazwyczaj staram się pisać prosto na temat spraw trudnych (nie mylić ze znanym serialem paradokumentalnym), ale proza sportowa – podobnie jak młodość – rządzi się własnymi prawami i nie sposób przewidzieć, w jakim kierunku podąży autorskie pióro. Dlatego też dzisiejsze wypociny traktują o pieniądzach, bazują na przygodach redaktorskich oraz prezentacji mojego miasta prywatnego. Mieściny, w której przyszło mi zbierać cięgi, obciążać swoje konto masą wątpliwych wyborów, a także wcielać się w rolę Dennisa Rodmana. Na zdrowie!

Jedno z indiańskich przysłów głosi, że kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba – odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy. Właściwie przez większość życia ten aforyzm mógłby stanowić moje motto, lecz pewnego dnia trzeba było wziąć się w garść. Na Labsach, jak doskonale wam wiadomo, piszemy z pasji, dla funu, dla czytelników oraz pewnego rodzaju interakcji słownej na linii autor-odbiorca. Zapewne za chwilę posypią się gromy od redaktora naczelnego Pawła Mocka i reszty załogi, ale nie mogę dłużej milczeć w kwestii wynagrodzeń na tym portalu. Oni wszyscy kłamią, mi również kazali łgać. Skończyło się! Że niby nie czerpiemy żadnych korzyści? Darujcie sobie, przecież to bzdury, bowiem jesteśmy najwyżej opłacanymi ludźmi na stanowiskach dziennikarskich w tym kraju. Nie dajcie się ponownie wodzić za nos, że nie mamy z tego nic. Otrzymujemy pobory w postaci możliwości wypowiadania się na tematy związane z NBA, godne gaże w szansach na rozwój warsztatu wśród szajbusów basketu z kapitalnej ekipy, a ponadto w grę wchodzą premie, mianowicie szacunek. Wasz szacunek. Tak wyglądają bonusy redakcyjne i powiem w ogromnej tajemnicy – na tzw. pozaanteniu – że dzięki takim momentom warto żyć. Gdy spotykamy się z wyrazami aprobaty pod adresem naszych publikacji, jesteśmy szczęśliwi. Kiedy dostrzegamy komentarze dyskredytujące treść tychże dzieł, jednakowoż podszyte nicią respektu, nie składamy broni i robimy wszystko, co w mocy tęgich zwojów mózgowych, aby poprawić się następnym razem. Parafrazując słowa Edwarda Stachury: „Zawsze staramy się, żeby nasz kolejny artykuł był lepszy, niż najlepszy artykuł jaki powstał w dziejach świata, czyli ten, który popełniliśmy poprzednio”. To tak gwoli skromności.

Ostatnio nawet wysnułem tezę o tym, co bym uczynił, gdyby ESPN zaproponowało mi milion dolarów za rok pracy przy koszykówce z najwyższej półki. Zadałem sobie pytanie: Zostajesz na NBA Labs czy okazujesz zero lojalności? Odpowiedź nie mogła być inna. Wyjeżdżam! Tak, gnój ze mnie. Zły, brzydki, sprzedajny. Łajdak! Ech, jak on może? Spójrzmy na to z innej perspektywy. Nie ma mnie ledwie dwanaście miechów (koledzy oraz Marta Kiszko bez problemu utrzymaliby swój genialny poziom), zarabiam okrągły milion zielonych, wracam do Polski, inwestuję w nasz serwis. Poszerzamy horyzonty, akredytujemy na mecze NBA, relacjonujemy je na żywo, jesteśmy w centrum wydarzeń i generalnie wszyscy są zadowoleni. W moim serduchu rodzi się jedno malusieńkie „ale” (no, może dwa), bo nienawidzę imprez z pompą. Wolę spędzać czas kameralnie, we własnym gronie, wybranym wcześniej drogą loterii, gdzie maszyna losująca przyznaje tyle szans procentowych, ile chęci wyraża dana osoba lub grupa. A po kiego wafla mi do ESPN-u? Z łamaną angielszczyzną na salony? Chociaż istnieje katalizator mowy, który ułatwia porozumienie. Jeśli chodzi o znajomość języka, wyszedłbym zatem z twarzą, lecz na wacianych nogach. Coś za coś. Jakiś czas temu powiedziałem komuś, że potrzebuję pieniędzy na gwałt. Odpowiedź była bezcenna: „Jak masz zamiar gwałcić za gotówkę, to ci nie pożyczę”. Aż cisną się na usta słowa klasyka: „Na zlecenie, bez zlecenia zresztą też”.

Sokółka – miasto prywatne

Powszechnie znanym jest wam fakt, iż uwielbiam czasami odnieść się do literatury lub zaprosić odbiorcę na wyprawę szlakiem osobistych przeżyć. Dzisiaj przedstawiam wam moje miasto prywatne, rodzinne podlaskie strony – Sokółkę. Taka mała miejscowość, leżąca pod Białymstokiem, gdzie dorastałem, łamałem kobiece serca – mi również nieraz je roztrzaskiwano – oraz zgłębiałem tajniki sportu na boiskach okolicznego Liceum Ogólnokształcącego. Uczyłem się sekretnych receptur gry w piłkę nożną na pozycji bramkarza, podpatrując w telewizji kunszt Petera Schmeichela czy Olivera Kahna. Koszykówka rzadziej królowała na rejonie, choć jeśli już dochodziło do meczów basketu, to także odważnie sobie poczynałem. Każdy za dzieciaka chciał być Michaelem Jordanem, Scottie Pippenem, Karlem Malonem, Patrickiem Ewingiem. Natomiast mnie zawsze, nie wiedzieć czemu, ciągnęło ku personie non grata – Dennisowi Rodmanowi. Gość imponował mi tym, że potrafił rzucił 2 punkty w jednym meczu, całkowicie dominując walkę o zbiórki. Nieokrzesany styl bycia. Nie dawał sobie w kaszę dmuchać, nie popuszczał rywalom oraz sędziom, eksponował tatuaże i kolorowe fryzury. Człowiek demolka! No więc ja byłem zupełnie innym dzieciakiem, za wyjątkiem włosów. Łaciatą czerwień raczej kiepsko odbierali moi rówieśnicy, nie dziwię się im. Wyglądało to, jakbym wziął pędzelek od zestawu szkolnego, zamknął oczy, po czym na oślep próbował pomalować łeb akwarelkami. Cóż począć – jakie państwo, taki Rodman. Zatem skala skandali też podobna.

Np. gdy wracając z nocnego rejsu około podłej godziny czwartej nad ranem, zadzwoniłem na policję, twierdząc że popełniłem zbrodnię w parku. Służby zjawiły się natychmiastowo. Jeden był młodszy i widać było, że bardzo chciał ująć przestępcę. Drugiemu raczej było do emerytury bliżej niż dalej, a nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

– Panie władzo, uczyniłem rzecz karygodną, straszną, niezgodną z prawem.

– Czego pan się dopuścił?

– Pamięć mnie zawodzi, ale tam właśnie – i tu wystąpiło pijackie zjawisko pauzy – w tamtych krzakach.

Rozejrzeli się, nic nie znaleźli.

– Okej, nic nie zrobimy, tylko powiedz nam, pokrzywdzony przez tę noc człowieku, czemu zostaliśmy wezwani na interwencję.

– Podeptałem trawnik w miejscu niedozwolonym.

Usłyszałem od starszego funkcjonariusza słowo na literę „w”, wzywające mnie do jak najszybszego oddalenia się z miejsca zdarzenia, po czym niezwłocznie udałem się w progi mojego domostwa. Ot, liche sytuacje z zamierzchłej przeszłości. Za to upodobałem sobie, jak panowie grali dobrego i złego glinę. Uroczyście oświadczam – dobrych nie ma, są wyłącznie (nie)źle trafieni. Nie wystawili mi rachunku, więc trochę papieru zachowałem w porwanych kieszeniach.

A każdy wie o tym, że papier przyjmie wszystko. Mój papier do tego wszystko znosił, tolerował. Znał mnie na wskroś, wszystkie moje uczucia, grzechy, winy. Niesamowicie potrafił słuchać moich historii. Właśnie to uczyniło go moim najlepszym przyjacielem.

Przygoda z pisaniem? Od dziecka wiedziałem, że będę pisarzem. Wszyscy dostrzegali we mnie talent. Można powiedzieć, że urodziłem się z kałamarzem w ręku. Co za banalne brednie! A tak na serio moja przygoda z pisaniem rozpoczęła się od nauki tworzenia szlaczków w przedszkolu, przez literki i pełne zdania w podstawówce do zupełnie niepotrzebnych wypracowań. Właściwie postawione pytanie powinno brzmieć: Kiedy zrodziło się we mnie marzenie zostania pisarzem?

Poważnie zacząłem o tym myśleć w wieku 16-17 lat, na przełomie gimnazjum i szkoły średniej. Wtedy to zacząłem pisać wiersze do szuflady. Mniej lub bardziej udane, chociaż według mnie mniej. Nie zwracałem specjalnie uwagi na styl, formę, czy błędy. Akurat z tymi ostatnimi nie miałem problemów. Ale sęk w tym, że zależało mi na przekazie. Pierwszy utwór, którym starałem się przekazać jak trudno jest mi odnaleźć odpowiedzi na wydaje się proste pytania nosił tytuł „Co jest piękne?”. Zdecydowałem się pokazać wiersz mojej nauczycielce j.polskiego i jednocześnie wychowawczyni, pani Iwonie. Za wiersz piątka, lecz nie to mnie ucieszyło najbardziej. Najbardziej ucieszyło mnie, że moja kochana polonistka po przeczytaniu nie starała się wiersza analizować. Po prostu piątka. Jedna z nieuchwytnych chwil, do której lubię wracać. Z perspektywy czasu sądzę, że pani Iwona widziała we mnie potencjał, o czym świadczyć może fakt, że zaproponowała mi udział w konkursie. Nie wiedziała jednak jak do mnie dotrzeć. Do tej pory mało kto potrafi tego dokonać. Udział w konkursie owszem wziąłem, ale na własną rękę i poniekąd się opłaciło. Pewnego dnia z lekcji wyciągnęła mnie moja siostra Ania, notabene polonistka, która w szkole im. Elizy Orzeszkowej uczyła. Pomyślałem w pierwszej chwili: Co ja znowu przeskrobałem? Żeby aż siostra musiała mnie z lekcji wyciągać? Po chwili wszystko było jasne.

– Słuchaj Mateusz, wysyłałeś wiersze na konkurs?

– Wysyłałem.

– No więc mam dobrą wiadomość, zająłeś trzecie miejsce.

– Co? Poważnie? – pytałem z niedowierzaniem.

– Tylko na razie nikomu ani słowa. Porozmawiamy na przerwie.

Czy ogarnęło mnie szczęście? Nie. Ja totalnie nie wiedziałem jak się zachować. Mój umysł wędrował gdzieś daleko. W ogóle nie pamiętam tej lekcji. Może dostałem na niej jakąś ocenę, może nawet niedostateczną. Świat się wyłączył. Nie wierzyłem, że ktoś mógł to docenić. Nie wierzyłem i miałem rację. Bowiem na przerwie wiadomości nie były już tak miłe. Lista laureatów się zmieniła, tzn. ja zostałem z niej usunięty, a na moje miejsce powędrowało nazwisko kogoś innego. Dziwnym zbiegiem okoliczności ten inny ktoś miał zupełnie identyczne nazwisko, co przedstawiciel komisji konkursowej. Żebym się nie martwił powiedziano mi, że jest w tym trochę mojej winy, bo koperta nie była okraszona pieczęcią szkoły. I tak z nieba do piekła. Miałem ochotę rozpieprzyć w drobny mak wszystko wokół. Myślałem, że to moja wina i byłem jednocześnie wkurwiony na siebie, jak i na komisję. W wieku dwudziestu czterech lat przypomniałem tą historię swojej mamie, która zresztą należała wówczas do Rady Rodziców i mama wyraźnie zdziwiona powiedziała mi, że sytuacja nie wyglądała w ten sposób. Najzwyczajniej w świecie komisja konkursowa wysłała kopertę zwrotną na adres szkoły z zawiadomieniem o tym, że zająłem trzecie miejsce. Panie z sekretariatu szkoły widocznie miały ogrom spraw na głowie i otworzyły kopertę dopiero w dniu, w którym trzeba było zgłosić się po nagrody. Szkoła mnie oszukała? Oszukała. Nie mam jednak do niej żalu. Boję się tylko, że pewnego dnia ktoś im przyśle zawiadomienie o bombie w budynku, a oni ją odczytają wąchając kwiatki od spodu. Taki mają refleks. Może teraz jest inaczej, kto wie. Wówczas rzuciłem kreowanie sprzeczności. Od czasu do czasu pisywałem wiersze wybrankom swego serca, zaś w niektórych miejscach kupowałem herbatę lub kawę za utwory poetyckie. Długo nie mogłem sobie wybaczyć takiego upokorzenia. Przyszły lepsze czasy. Czasy marnowania życia i zdrowia.

Zdrowie! – nasze (red)aktorskie

Nadeszła wiekopomna chwila, bo podziękowań. Bóg zapłać kilku osobom napotkanym podczas koszykarskiej wędrówki: Paweł Mocek, Marta Kiszko, Miłosz „Captain” G. oraz reszcie Labsów. Rok temu z tą „drużyną pierścienia” dokonałem jedynego słusznego wyboru. Wymieniam z wdzięcznością rzeszę pięściarską: Katarzyna Wilczek, Tomasz Potapczyk, Dariusz Snarski i inni. Przynajmniej będziecie mieli komu w mordę dać. Dziękuję też mistrzom z Zuzelend.com: Amadeuszowi Bielatowiczowi, Tomaszowi Jastrzębskiemu i Piotrowi Taskinowi. Gdyż wiem, że zawsze wykombinujemy coś na „lewo” i na „czarno”. Przy okazji pozdrawiam toastem mojego kamrata, Wojciecha Pilarskiego. Bocian, trzymam za Ciebie kciuki. Nie zapominam również o załodze CavsPL, zwłaszcza o Mateuszu Jakubiaku, a także o Rafale Jurasińskim. Tych redaktorów, którzy nie otrzymali miejsc w pierwszych rzędach mojego słabego występu teatralnego, przepraszam. Kurcze, zdałem sobie sprawę z tego, że tekst nabrał okropnie bladych rumieńców pożegnalnych, lecz zapewniam was – kochani odbiorcy – nigdzie się nie wybieram. Już za tydzień tematy stricte koszykarskie w „Trash Talkerze” oraz mała niespodzianka. Czuję się nieco aktorem z serii „red”, który przed wami podjął się próby spowiedzi, a kompletnie zjarał cegłę. Ale przed kim miałem dokonać aktu wyznania nurtujących moją duszę spraw doczesnych? Przed księdzem? Byłem, nie słuchał. Przed Bogiem? Byłem, i zaniepokoiło mnie, że odpowiada. Pomyślałem – przed czytelnikiem, ponieważ ten przynajmniej nikomu ich nie zdradzi. Wybaczcie, że naraziłem waszą wyrozumiałość na szwank. Słodkim mój grzech jest, słodką i pokuta. Mocek wymierzy karę adekwatną do jakości publikacji, gwarantuję. W górę kielichy bez dna! Obręcze z siatką znaczy. Pokładowego!

4 Komentarze

  1. Hejka!
    Świetny art., ale na tym portalu to norma:)
    Dzięki, że podzieliłeś się sobą – może reszta ekipy dorzuci coś od siebie – wtedy lepiej się poznamy:P

    Trzymajcie się ciepło!

    Jax

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję! Jeden komentarz, a ile znaczy dla autora! 😉 Tego nie zmierzysz ludzkim okiem, aczkolwiek jestem poniekąd postacią, która wyznaje dewizę dbałości o relację na linii człowiek-człowiek, pod banderą Leopolda Staffa:

      „I niech wiersz, co ze strun się toczy,
      Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,
      Tak jasny jak spojrzenie w oczy
      I prosty jak podanie ręki”.

      Dlatego właśnie otworzyłem się na odbiorcę. Pozdrowienia! 🙂

  2. Ja tylko dodam żartobliwie – Mateuszu, to w sumie wiele tłumaczy… 😉
    A jak już wrócę do domu toast za Wasze red(aktorskie) zdrowie wychylę 😉

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Tłumaczy wiele więcej, niż powinno. 😀
      Natomiast toast przyjmujemy z ogromną przyjemnością. Dziękujemy! 😉

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *