Overtime: Draymond Green ma się świetnie – czy tego chcesz, czy nie!

Marta Kiszko Felietony Overtime Strona Główna 2

Jakiś czas temu mignęła mi opinia Chrisa Webbera (dzięki, Miłosz!) o tym, że Draymond Green nie grałby w pierwszej piątce innego zespołu NBA niż Golden State Warriors. Nie wiem, czy to już należy kwalifikować do psychiatry, czy wystarczy umieścić takiego delikwenta w koszykarskim piekle, a konkretnie w jego kręgu, w którym miejsce od dawna okupują już Stephen A. Smith i LaVar Ball (i paru innych, ale to temat na oddzielny felieton). Niedawno także Charles Barkley ponownie zasłynął wypowiedzią (zresztą w swoim stylu), że chętnie by sprzedał Drayowi gonga na boisku, a zaraz za nim jakiś (wybitnie nieśmieszny) komik też rzucił coś a propos palnięcia Greenowi w twarz. Dla nich miejsce w kręgu koszykarskiego piekła już też jest gotowe.


Draymond to polaryzująca koszykarska osobowość, czego dowodem jest chociażby to, co przytoczyłam wyżej. Green to gracz, wobec którego nie można przejść obojętnie. To trochę, jak z Kobe Bryantem, choć – wiadomo – zupełnie nie ten styl, ale to postacie, które można albo kochać, albo nienawidzić (dajcie znać, czy wyłamujecie się z tego stwierdzenia, ale nie wierzę w to, że można być obojętnym wobec tego zawodnika!). Pomimo wszystkich tych kontrowersji wokół jego osoby, zadziwia mnie to, jak mało mówi się obecnie o jego wpływie na całościową postawę Golden State Warriors.

Po części to wynik tego, że KD znów był w transie i dawał Warriors cenne punkty, biorąc na siebie ciężar gry w ofensywie. Po części to także wynik wyczekiwanego powrotu Stepha Curry’ego. Nie chcę pisać tu, że zupełnie nie doceniamy Greena. Po prostu zbyt mało mówimy o tym, jak cenną postacią jest w tych Playoffach. Mamy na dodatek w pamięci też sezon regularny, w którym grał na zdecydowanie niższym poziomie, niż ten, który prezentuje w tegorocznej fazie postsezonowej. Nawet sam Kerr mówił o tym na jednej z konferencji prasowych. Warriors przyzwyczaili nas do tego, że wygrywanie jest od paru już lat wpisane w tę organizację. Golden State mieli swoje problemy, ale też trochę się rozleniwili, bo czemu nie? Jaki jest sens w biciu rekordów, skoro można wyluzować, nadal utrzymywać się w topie ligi i sezon regularny traktować, jak sparingi przed decydującymi rozgrywkami? Mam wrażenie, że oprócz tego, że Dray borykał się przez cały sezon z bolącym ramieniem, to sam prezentował podobne podejście. W pewnym momencie nawet słychać było narrację, że pyskaty Money Green już się skończył, a przecież miał bronić tytuł Obrońcy Roku z zeszłego roku. Nie jest też niczym dziwnym to, że jego cyfry poprawiły się tak względem sezonu regularnego. Gdy spojrzymy na poprzednie lata, widać, że Green najlepiej odnajduje się w decydującej fazie.

Średnie z sezonów:

Średnie z Playoffów:

Green był, jest i będzie kluczem do sukcesów tej drużyny w tych Playoffach. Gdy Draymond jest poza parkietem, Warriors zdobywają 9.2 punktów mniej. W obliczu kontuzji Stepha zaangażował się bardziej w ofensywę, oddając średnio od początku decydujących rozgrywek 11.1 (to prawie tyle, co Marco Belinelli, Nikola Mirotić, czy Eric Gordon!) rzutów na mecz. Dray nadal nie jest fenomenalnym strzelcem, ale jego wkład w grę Wojowników po atakowanej stronie parkietu jest nieoceniony. To samo dotyczy prowadzenia gry, bowiem był do tej pory najczęściej podającym zawodnikiem drużyny (26.3% podań pochodziło właśnie od Draymonda – to lepszy wynik niż Russella Westbrooka, który podawał z częstotliwością 25.5%) i do tego też w całej lidze w tegorocznych Playoffach.

Wróciła też defensywna intensywność Greena. Jak dużo w obronie daje ten zawodnik wyraża statystyka on/off court, według której drużyna bez gracza traci aż o 11 punktów więcej.

W serii ze Spurs skrzydłowy Golden State najczęściej krył Rudy’ego Gaya. Zawodnik San Antonio trafił 50% ze swoich 28 prób w ciągu pięciu spotkań przeciwko Drayowi, co dawało mu średnio 6 punktów na mecz. Z kolei w serii z Pelicans, skrzydłowy Warriors ustawiony był zwykle na Anthonym Davisie, który rzucał średnio 12.2 razy na mecz i notował średnio 13 punktów na skuteczności 44.3%. Jego wszechstronność w obronie potwierdza się także w tym, że potrafi kryć niskich graczy. Zaledwie 2.8 oczek (per spotkanie; skuteczność 31.6%) zaliczał Rajon Rondo, gdy był kryty przez Draymonda. W ogóle to był bardzo ciekawy matchup, w którym mogliśmy obserwować, jak obaj zawodnicy próbują uzyskać psychiczną przewagę nad bezpośrednim rywalem. Moim faworytem była akcja z ostatniego pojedynku tych dwóch zespołów:

Nie wyobrażam sobie, żeby Warriors mogli wygrać Mistrzostwo bez Draymonda Greena. Dla mnie jest zawodnikiem tak samo niezbędnym, jak Steph Curry, czy Kevin Durant. Po prostu każdy z nich odpowiedzialny jest za różne rzeczy na parkiecie w mniejszym lub większym stopniu, ale jak sam Kerr powiedział – w Playoffach chodzi o obronę, a w tym Draymond Green nie ma sobie równych. Wśród wysokich grających powyżej 30 minut na mecz, zawodnik ma najlepszy defensywny rating.

„Może na Ciebie parę razy krzyknąć, ale to jest w porządku. Kiedy jest taki nakręcony, zaraża tym też naszych kibiców. Wszyscy zaczynamy być nakręceni.” – mówił o swoim koledze z drużyny Klay Thompson.


Teraz przed Warriors pojedynek, na który wszyscy czekali – Finał Konferencji Zachodniej z Houston Rockets. Green zapytany o tę nadchodzącą serię, odpowiedział krótko: „It’s time to play.”. Zobaczymy, na którym z graczy Rakiet będzie ustawiony. Przypuszczalnie będzie to Clint Capela, który nie będzie już miał tak prostego zadania, jak w matchupie z Karlem-Anthonym Townsem, czy Rudym Gobertem. Obaj centrzy najlepiej się czują w okolicy kosza, co ułatwiało obrońcom Rockets proste loby do Capeli, gdy środkowi rywali próbowali kontestować potencjalne rzuty niższych zawodników. Z Greenem tak łatwo nie będzie.

Nakręcony Draymond Green to fajny widok w NBA. Mało jest graczy o tak emocjonalnym podejściu do koszykówki i tak niewyparzonej gębie, przy jednoczesnym realnym wpływie na grę swojego zespołu. Ostatnio modne przydomki „Playoff [Tu wstaw imię/naziwsko/literę]” zupełnie nie będą pasować do bohatera mojego artykułu. U Greena to po prostu normalne, że wrzuca inny bieg i gra na innej intensywności w fazie postsezonowej.


Dzięki!

2 Komentarze

  1. Ja tam nie znoszę typa. Koszykarsko na pewno bardzo dobry zawodnik. Ale irytują mnie te jego wieczne pretensje do sędziów. Sam gra nieczysto, a płacze jak ktoś przeciw niemu tak zagra. Do tego te jego słynne ruchome zasłony. Draymond ‚Moving Screen’ Green. No nie cierpię go i koniec:)

  2. @Marta
    Można lubić kogoś kto nas czasem/często denerwuje lub irytuje.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *