Trash Talker: Gilbert Arenas – Agent Zero

Mateusz Połuszańczyk Felietony Strona Główna Trash Talker 11

Nieraz strojono sobie żarty z jego umiejętności strzeleckich oraz pociągania za spust po atakowanej stronie boiska, ale kiedy spotykano tak dynamicznego zawodnika formatu All-Star na otwartej przestrzeni parkietu, nabijanie się nie miało żadnego znaczenia. Objawił się kibicom w charakterze gracza, którego występy budzą fascynację. Koszykarz o niepowtarzalnej sportowej osobowości, co udowadniał przede wszystkim własnemu „ja”, odkąd wszedł na największą estradę basketu jako drugo-rundowy wybór draftu NBA. Mam zaszczyt przedstawić wśród swoich wersów jednego z bardziej intrygujących rozgrywających ligi ostatnich dekad. Przed państwem – Gilbert Arenas.

Z Tampy do Hollywood

Gilbert Jay Arenas Jr. przyszedł na świat 6 stycznia 1982 roku w Tampie na Florydzie. Jego mama, wtedy jeszcze nastolatka, była zupełnie nieprzygotowana do rodzicielstwa. Próbowała wychować Gilberta na własną rękę w Miami, lecz zaczęła się obracać w towarzystwie podejrzanych typów, co w ostateczności prowadziło do problemów z policją. Gdy władze zostały poinformowane o trudnej sytuacji małego Gilberta, natychmiast poczyniły odpowiednie kroki, aby umieścić go w rodzinie zastępczej.

Tata Arenasa pracował w sklepie z częściami samochodowymi w Tampie, kiedy dowiedział się o całej sprawie. Jako ojciec biologiczny, posiadał do niego prawa rodzicielskie, jednak – z  uwagi na pobieżne kontakty z dzieckiem – powiadomienie stanowiło tylko formalność, zanim przeniosą malca do nowego domu. Gilbert senior długo rozmyślał o swoim dzieciństwie (dorastał bez ojca) i zadecydował, że należy postąpić słusznie, po czym wystąpił do sądu o objęcie wyłącznej opieki nad dwuletnim synem. Nasz bohater ujrzał matkę dopiero po upływie niespełna dwudziestu lat od tamtych zdarzeń.

Kiedy byłem małym chłopcem, poprosiłem Boga o możliwość spotkania własnej mamy chociaż jeszcze raz w życiu i moje modlitwy zostały wysłuchane. Zobaczyłem się z nią w 2001 roku. To było dziwne. [Gilbert Arenas]

Ojciec Gilberta miał wielkie marzenia. Był gwiazdą baseballu na Florida Memorial College, grał również w futbol amerykański (na pozycji obrońcy) na uniwersytecie imienia Howarda Schnellenbergera w Miami w 1980 roku. Wtedy światu futbolowemu ukazała się nowa gwiazda, rozgrywający Jim Kelly. Żółtodziób szybko stał się starterem zespołu Hurricanes, doprowadzając ich do zwycięstwa w Peach Bowl. Tego samego roku zakończyła się przygoda taty Arenasa ze sportem, a wszystko przez paskudną kontuzję nogi, lecz na brak zainteresowania nie mógł utyskiwać.

Był wysoki, przystojny, więc prędko znalazł pracę w modelingu. Występował między innymi w reklamach dla Sears czy JC Penney. W końcu natknął się na swoje powołanie, spełniając się jako aktor w serialu telewizyjnym „Miami Vice”. Gdy tasiemiec został niepodważalnym hitem, Gilbert senior postanowił, że wykorzysta dane mu pięć minut sławy i przeniósł się do Los Angeles, aby tam kontynuować karierę. Wraz z synem zapakował wszystkie toboły do Mazdy RX-7, po czym ruszyli na podbój zachodu.

Kiedy przybyli do Hollywood, odkryli że tutejszy świat nieco różni się od tego, który widzieli w Miami. Chodziło głównie o stopę życiową. Człowiek, od którego chcieli wynająć mieszkanie, zaśpiewał stawkę minimum 1000 dolarów, czyli sumę większą niż tata Arenasa na ten cel zaoszczędził, zatem przez trzy noce spali w samochodzie na parkingu w Burbank.

Podstawowym planem Gilberta seniora było znalezienie stałej pracy. Rozmawiał z menadżerem salonu meblowego, zaś ten zarzekał się, że nie może pomóc, lecz zauważył siedmioletniego chłopca kozłującego piłką do kosza pomiędzy nogami, który czekał przy aucie, i wiecie co? Tata Arenasa dostał tę posadę, ponieważ szef tego menadżera – i zarazem właściciel salonu – kochał koszykówkę. Tak załatwia się robotę rodzinie!

Później Gilbert senior wylądował na nocnej zmianie w firmie kurierskiej UPS. Pracował do samego rana, spał kilka godzin, gdy syn był w szkole, a wieczorami udawał się na różne przesłuchania do ról aktorskich. Po pewnym czasie zatrudnił agenta, który otworzył mu furtkę do grania epizodów w serialach telewizyjnych, filmach oraz reklamach (dobrze płatne fuchy dla Tostitos i Pepcid AC). Ojciec naszego bohatera był nieustępliwy w poszukiwaniu zajęć służbowych, poza tym cechowała go kreatywność w zestawieniu z olbrzymią wyobraźnią. Pewnego razu wybrał się na mecz softballu z załogą opery mydlanej pt. „Dni naszego życia” i odpalił kilka „płonących” home-runów. Brygada skręcała się ze śmiechu, bo Arenas grał w tasiemcu… strażaka.

Mieć za ojca aktora – to z pewnością jest bardzo interesujące. Kiedyś podobno Gilbert Arenas przyprowadził do swojego domu przyjaciela, a zza ściany słychać było co chwilę krzyki taty: „Skop mu tyłek!”. Gilbert musiał wytłumaczyć, że to jego ojciec uczy się do roli, gdyż następnego dnia wystąpi w scenie z Jeanem-Claudem Van Dammem w filmie pt. „Lwie serce”. Do nauczenia jedna linijka, ale – wiadomo – jak już coś opanować, to perfekcyjnie.

W międzyczasie Gilbert Arenas stawał się wrzodem na dupsku lokalnej społeczności: roztrzaskiwał szyby, włamywał się do samochodów i pakował się w masę innych kłopotów. Nienawidził przebywać w domowej samotności, a także nie zdawał sobie sprawy, w jaki sposób ma okiełznać bezgraniczną energię, która potęgowała jego karygodne zachowania. W szkole radził sobie bardzo dobrze, zwłaszcza dzięki szerokiemu uśmiechowi oraz poczuciu humoru, którym oczarowywał nauczycieli.

Duży odsetek dzieciaków mówi: „Taty nigdy nie było w moim otoczeniu, nie miał dla mnie czasu”. U mnie było inaczej, bo widzę w tym plus. Jaki? Ano taki, że mój tata to pracowity gość, który zawsze zaspokajał moje potrzeby. [Gilbert Arenas]

Gdy ukończył jedenaście lat, koszykówka zastąpiła uliczne mecze futbolu amerykańskiego. Grywał głównie po zajęciach lekcyjnych, ale wymykał się również nocami, kiedy ojciec miał nocną zmianę w UPS. Gilbert Arenas został rozpoznawalną twarzą miejscowych boisk do gry w basket. Tata Gilberta podejrzewał czym zajmuje się syn w wolnych chwilach i zwołał sieć okolicznych przyjaciół, żeby ci mieli go na oku.

Kiedy Arenasowie spędzali wspólnie czas, światło dzienne ujrzała ich chęć współzawodnictwa. Często grali przeciwko sobie jeden na jednego, posiadając jedną fundamentalną zasadę: nie bierzemy jeńców. Podczas któregoś takiego meczu Gilbert Arenas chciał wybić piłkę z dłoni ojca, lecz trafił tak niefortunnie, że złamał mu palec u dłoni z przemieszczeniem.

Gilbert senior trenował wtedy drużynę młodzieżowej ligi koszykówki. Widząc zawodników starszych, o lepszych warunkach fizycznych, trzymał swojego potomka na ławce rezerwowych. Tłumaczył Gilbertowi, że w tej grze nie chodzi o to, żeby on występował za wszelką cenę, ale o dobro zespołu. Nasz bohater nie mógł się pogodzić z decyzją ojca i odszedł. Dołączył do innej drużyny, po czym zdobył 15 punktów przeciwko… ekipie prowadzonej przez tatę.

Kiedy na niego patrzyłem, dostrzegałem siebie. [Gilbert Arenas Senior]

Gilbert pokonał ojca również w grze wideo NFL. Gdy objaśnił mu do czego służą poszczególne przyciski, okazało się, iż nieco okantował tatę. Senior połapał się, że coś jest nie tak i sprzedał Arenasowi soczysty cios w ramię. Już nigdy więcej nie zasiedli, by spędzać razem czas na grach wideo, co nie oznacza, że odpuścili wspólne rozrywki. Na pierwszy plan wysunęło się konkurowanie na pływalni, rywalizacja w rzutkach oraz przy układaniu kostek domina.

Wkrótce zapisano go do pobliskiego liceum Birmingham, gdzie dostał się do szkolnej reprezentacji koszykówki. Zaliczał w niej dobre występy, świetnie się bawił i tak naprawdę nie brał basketu na poważnie, dopóki trener nie przyparł Gilberta do muru, uświadamiając mu, że może osiągnąć wysoki pułap sportowy jako zawodnik.

Sztorm

Tego lata Arenas wstawał każdym świtem i ciężko trenował do czasu, aż pozostali koszykarze pojawiali się na zajęciach. Zazwyczaj rozstawał się z parkietem dopiero przed kolacją, był bardzo zdeterminowany do gry. Jesienią przeniesiono jego talenty do Ulysses S. Grant High School w Van Nuys. Kawał drogi autobusem od miejsca zamieszkania Gilberta, ale opłaciło się. Lancers tworzyli wówczas całkiem porządną drużynę koszykarską, choć – szczerze powiedziawszy – była to jedna z mniejszych placówek edukacyjnych, zaś terminarz meczowy zawierał kilka spotkań z zespołami typu „chłopcy do bicia”. Czternastoletni Arenas mierzył około 175 centymetrów wzrostu, wyglądał niczym chucherko i w ogóle nie zapowiadał się na supergwiazdę basketu. Wszystko obróciło się o 180 stopni, gdy szanse na występy w wyjściowej piątce ekipy Lancers drugoroczniakowi dał trener Howard Levine. Wiecie, co stało się w przeciągu miesiąca? Arenas z anonimowego grajka ewoluował w najlepszego zawodnika ligi licealnej.

Na parkiecie Gilbert posiadał najbardziej wartościowe instynkty, jakie kiedykolwiek widziałem. On wiedział na temat koszykówki więcej, niż ja. [Howard Levine]

Repertuar zagrań Gilberta w akcjach jeden na jednego wzbogacił się o bezcenne cwaniactwo, przez co oponenci – z którymi stawał w szranki – cierpieli okrutne męki. Potrafił zainicjować dynamiczne wejście w strefę podkoszową, zdobyć punkty z półdystansu, zanotować zaskakujące trafienie zza łuku. Rozdawał podania na lewo i prawo z zegarmistrzowską precyzją, agresywnie walczył o zbiórki, a ponadto był demonem defensywy. Przewidywał ruchy rywali, przechwytywał piłkę nawet z twardego uścisku ich dłoni (odczuwali strach przed nieuchronną stratą, kiedy puszczali ją w kozioł). Często zdarzało mu się zablokować próby rzutowe przeciwników z mocą siatkarskiego uderzenia atakującego, że ci otrzymywali zwrot do nadawcy z dopiskiem: „In your face!”. Dosłownie.

Uprawianie basketu przychodziło Arenasowi z niespotykaną łatwością, lecz nadal trenował, zawsze pracował nad doskonaleniem kolejnych elementów koszykarskiego rzemiosła. Czasami wkradał się do budynku swojej dawnej szkoły podstawowej, żeby móc poćwiczyć rzuty. Urządzał sobie takie treningi, tkwiąc godzinami na opustoszałej sali gimnastycznej, dacie wiarę? W 1997 roku Gilbert Arenas został uhonorowany nagrodą dla najlepszego zawodnika Valley Pac-8. Zresztą, powtórzył ten wyczyn również w trzecim i w ostatnim roku w szkole średniej Ulysses S. Grant.

Każdy człowiek ma gorszy dzień, każdemu koszykarzowi zdarza się zły mecz. Pytania w takich chwilach powinny brzmieć: Jak się poprawić? W jaki sposób porażka zbuduje twój charakter? We wczesnych latach licealnych zdecydowałem, że nie chcę być dobrym zawodnikiem, pragnę być zawodnikiem wspaniałym. [Gilbert Arenas]

Po zakończeniu sezonu 1997/98, podczas którego Arenas zaliczał średnio 30 punktów na mecz, złożył papiery do szkoły o profilu matematyczno-naukowym w Sylmar. Ciekawość budziła w nim wiedza z zakresu przedmiotów ścisłych, ale jeszcze bardziej ciągnęło go do letniej ligi basketu, w ramach której drużyna tejże szkoły brała udział. Wtedy mierzył już 190 centymetrów wzrostu i postanowił, że pora podnieść poprzeczkę współzawodnictwa. Sylmar rozgrywało potyczki przeciwko ekipom Compton oraz Dominguez na południowym krańcu Los Angeles. Trener Howard Levine – obawiając się, że największa gwiazda jego zespołu odejdzie – próbował go przekonać do pozostania w liceum Grant. Koniec końców, mimo że w Sylmar przyjęto go z otwartymi ramionami, powrócił na finałową kampanię do drużyny Lancers.

Gdy zainaugurowano rozgrywki sezonu 1998/99, Gilbert Arenas odwiedził kampus uczelni UCLA, gdzie miał przyjemność porozmawiać ze sztabem szkoleniowym o własnej przyszłości. Gilbert i jego tata długo marzyli, że któryś z nich w perspektywie lat przyodzieje koszulkę Bruins. Uniwersytet wykazywał zainteresowanie usługami naszego bohatera, ale z pewnego rodzaju wycofaniem, zatem Arenas poprosił o sprecyzowanie planów dotyczących jego osoby. Powiedziano mu, że musi uzbroić się w cierpliwość, ponieważ Bruins czekają na akceptację ich oferty przez Carlosa Boozera, który ostatecznie wybrał uczelnię Duke. Przedstawicieli UCLA martwiło także wywyższające się podejście Gilberta do basketu. Trenerzy zdawali sobie sprawę, że jest szybki, zwinny oraz posiada dar do rzucania dużej ilości punktów, tyle że przeciwko rywalom z poziomu szkoły średniej. Bruins nie docenili Arenasa i odtrącili jego aplikację, czego niebawem zaczęli żałować. Zespół akademicki UCLA przez następne dwa lata zmagał się z problemami na pozycji rzucającego obrońcy, zaś ich głównym koszykarskim katem w konferencji Pac-10 był akurat Gilbert Arenas. Zemsta jest słodka!

Wróćmy jednak do propozycji z innych uniwerków, które w międzyczasie otrzymał Arenas: DePaul, Kansas State i Arizona. Wybór nie należał do trudnych, gdyż Ray Tention – asystent trenera Wildcats – wciąż, nieustępliwie śledził działania Gilberta, namawiając na przeprowadzkę do Arizony. Arenas zdecydował się na zachodnią część USA. Zanim znalazł się na arizońskim kampusie pod opieką Lute Olsona, musiał dokończyć finałowy rok rozgrywek licealnych i zrobił to w sposób wyśmienity. Szesnastolatek kręcił statystyki rodem z kosmosu: 33.4 punktu, 7.9 zbiórki, 3 asysty oraz 4.6 przechwytu na mecz. Rzec by się chciało: Drodzy zwolennicy Wildcats, nadciąga sztorm!

Sezon dedykowany Bobbi

Gilbert Arenas zacumował w drużynie Arizona Wildcats, kiedy ta przechodziła fazę przebudowy. Trzon zespołu, który tworzyli Mike Bibby, Michael Dickerson oraz Miles Simon, zadeklarował uczestnictwo w naborze do NBA (zresztą, cała trójka występowała na parkietach naszej ukochanej ligi, z mniejszymi lub większymi sukcesami). Trener Olson nie mógł jednak narzekać na brak talentów w prowadzonej przez siebie ekipie, gdzie oprócz Arenasa, do składu zaliczali się: Jason Gardner, Richard Jefferson, Loren Woods, Luke Walton i Michael Wright. Starterem na pozycji rzucającego obrońcy był wówczas Ruben Douglas. Tuż przed rozpoczęciem sezonu akademickiego Douglas został zwolniony z reprezentowania uczelni na rok, aby podszkolić własne umiejętności, ponieważ Gilbert w czasach licealnych potrafił ugotować Rubena na miękko, rzucając przeciwko niemu aż 49 oczek.

Latem, podczas nieoficjalnych meczów Arizony, Arenas skupił się zwłaszcza na rzutach z wyskoku. Gdy rozpoczęły się systematyczne treningi, Gilbert bez przerwy nabierał Douglasa, np. markując próbę z półdystansu i wymuszając faul, czym gasił w nim wszelkie sportowe zapały. Arenas publicznie – choć bardziej sarkastycznie i pod publiczkę – oznajmiał, że ma nadzieję na występy w pierwszej piątce od połowy kampanii. Arogancja? Cynizm? Brak szacunku? Niezupełnie, bowiem niedługo okazało się, iż w tych przechwałkach drzemie potężna siła. Ruben Douglas w końcu nie wytrzymał naporu żółtodzioba, po czym wytransferowano go na uniwerek New Mexico. Nawiasem mówiąc – tam spisywał się rewelacyjnie. Ba, nawet został najlepszym strzelcem w USA ze średnią 28 punktów na spotkanie (rozgrywki zasadnicze 2002/03).

Debiut Arenasa w trykocie Wildcats miał miejsce podczas przedsezonowego, wewnętrznego sparingu drużyny, w którym uzyskał 22 oczka i 5 ofensywnych zbiórek ku uciesze rozentuzjazmowanego tłumu uczniów. Kilka tygodni później rzucił 20 punktów oraz zanotował 5 przechwytów przeciwko Kentucky, dzięki czemu wybrano go MVP prestiżowego turnieju NIT (National Invitation Tournament).

Głównym aspektem wymagającym poprawy w grze Gilberta była nauka poruszania się po zasłonach, lepszego ustawiania się na boisku. W liceum dominował i zawsze kończył akcje, teraz musiał wdrożyć najróżniejsze systemy, schematy, wytyczne do danych zagrywek, bo kiedy piłka znajdowała się w jego dłoniach, zasadniczo wiedział, co ma z nią zrobić. Gorzko przekonali się o tym UCLA Bruins, których surowo ukarał 20 zdobytymi punktami, natomiast po upływie paru dni Arenasa wytypowano na zawodnika tygodnia konferencji Pac-10.

Wnosił na boisko mnóstwo pozytywnej energii i wzbudzał zachwyty. [Jason Gardner]

Poza parkietem Gilbert znalazł bardzo ciekawą szkolną funkcję, tzw. klasowego błazna. Utrzymywał kolegów w dobrym humorze, starając się ich rozbawić za każdym razem, gdy mega-poważny Lute Olson spuścił wzrok z wesołej gromadki koszykarzy. W gruncie rzeczy, Arenas uwielbiał oraz szanował trenera, po prostu nie było mu po drodze ze zbyt nadgorliwym komenderowaniem czy niewzruszoną miną szkoleniowca. Olson z kolei nie pochwalał gwiazdorzenia, popisywania się. Bobbi, żona trenera, była jego przeciwieństwem, nazywano ją przybraną matką drużyny. Dołożyła wszelkich starań, uczyniła dosłownie wszystko, aby Gilbert czuł się w zespole jak w domu. Styl życia na kampusie Arizony, przepełniony rygorystyczną swobodą lub – jak kto woli – swobodnym rygorem, był dla Gilberta świetniejszy, niż mógł to sobie wyobrazić.

Jeśli znajdziecie chociaż krztę powagi w Gilbercie Arenasie, dajcie mi znać. [Kwame Brown]

Arenas fantastycznie wpasował się w sposób gry Wildcats, który bazował szczególnie na nieprawdopodobnie wysokich obrotach rozgrywania akcji. Gilbert w każdym pojedynku nie oszczędzał się po obu stronach parkietu, czego świadectwem są średnie statystyczne na koniec sezonu 1999/2000: 15.4 punktu, 4.1 zbiórki, 2.1 asysty oraz 2.1 przechwytu na mecz. Zespół Arizony awansował do drabinki turnieju głównego NCAA jako najlepszy w konferencji Pac-10 (bilans 27 zwycięstw i 7 porażek). Niestety, wyczerpujące rozgrywki zdziesiątkowały oddziały Wildcats dowodzone przez Lute Olsona. Richard Jefferson dopiero wracał po kontuzji stopy i nie dał rady występować na najwyższym poziomie. Loren Woods, kluczowy zawodnik podkoszowy, nabawił się bolesnego urazu pleców. Już wtedy można było bez wahania zakładać, że z tej mąki chleba nie będzie.

Pierwszymi rywalami podopiecznych Olsona była drużyna akademicka Jackson State, z którą do przerwy prowadzili zaledwie ośmioma punktami. Wildcats złapali odpowiedni rytm podczas drugiej połowy, efektem czego rezultat finałowy brzmiał 71-47 na ich korzyść. Następnie na drodze ekipy Arizony stanął zespół uczelniany Wisconsin, uważany za „czarnego konia” turnieju. Badgers jako specjalność zakładu niemal zawsze serwowali faworyzowanym drużynom danie główne w postaci wytrącenia z rąk wszelkich koszykarskich atutów. Pomimo 21 oczek zgromadzonych na koncie Arenasa, Wildcats polegli 66-59, a Wisconsin dotarło aż do etapu Final Four (porażka 53-41 z późniejszymi mistrzami kraju – Michigan State Spartans).

Wbrew nieudanej przygodzie Arizony z marcowym szaleństwem, przedsezonowe rankingi 2000/01 sytuowały ich na pierwszym miejscu w USA. Niektórzy eksperci głęboko wierzyli, że Wildcats są materiałem przynajmniej na Final Four. Prywatnie, zawodnicy drużyny głośno mówili o tym, iż w tej kampanii będą niepokonani. Wtem gruchnęła basem niezwykle smutna wiadomość na temat Bobbi Olson – żona trenera umiera na raka. Lute Olson był zdruzgotany, podobnie jego koszykarze. Nowotwór zatruwający ciało Bobbi nie stał się kwestią przewodnią pierwszych stron gazet, bo szkoleniowiec Arizony i gracze drużyny trzymali to w ogromnej tajemnicy, ale wielu spraw nie da się zatuszować. Spustoszony czarną wizją rozpaczy zespół Wildcats zaliczył fatalny start rozgrywek. Wszyscy, którzy mieli styczność z basketem, powoli domyślali się, że coś jest nie tak. Bobbi Olson odeszła z tego świata 1 stycznia 2001 roku.

Gilbert Arenas wraz z kumplami z zespołu postanowili oddać zmarłej cześć, dedykując jej bieżący sezon. Arizona Wildcats, zmotywowani oraz natchnieni falą nadludzkiej energii, wygrali 20 z 23 kolejnych starć. Warte zapamiętania są kapitalne popisy Gilberta, który – ni stąd, ni zowąd – poprawił skuteczność, zwłaszcza z dystansu (z 29.2% do 41.6%). Na przestrzeni kampanii regularnej notował okazałe liczby: 16.2 punktu, 3.6 zbiórki, 2.3 asysty, a także 1.8 przechwytu na mecz.

Drużyna Arizony weszła do NCAA Tournament niczym wojownicy świadomi własnej misji. Na szczeblu otwierającym rywalizację w turnieju głównym Gilbert Arenas trafiał z fenomenalną skutecznością, zdobywając 21 punktów (9/13 FG), a Wildcats zwyciężyli Eastern Illinois 101-76. Kolejnymi ofiarami podopiecznych Lute Olsona był zespół uczelniany Butler (73-52). Gilbert rzucił 15 oczek i zebrał 8 piłek. Wszystko wyglądało jak droga po mistrzowski tytuł, aż w Sweet Sixteen niebywale twarde warunki postawili im Mississippi Rebels, którzy już na początku zaliczyli zryw 18-6, ale Arizona dogoniła ich chwilę po przerwie i – dzięki świetnej postawie Woodsa, autora 16 punktów oraz 11 zbiórek – triumfowała 66-56. Na etapie Elite Eight spotkali się z ekipą Illinois. Arenas uzyskał 16 z 24 pierwszych punktów zespołu, kończąc ostatecznie z dorobkiem 21 oczek. Tymczasem Gardner trafił kluczowe trójki, nie pomylił się z linii rzutów osobistych, a Wildcats odnieśli zwycięstwo 87-81. Był to premierowy awans Arizony do finałowej czwórki od 1997 roku, gdy sięgnęli po tytuł mistrzów NCAA.

Półfinałowa potyczka przeciwko Michigan State to fenomenalna obrona Wildcats oraz pozbawienie Spartans jakichkolwiek złudzeń na uczestnictwo w najważniejszym meczu turnieju (80-61). Gigantyczną rolę w wyeliminowaniu Michigan State odegrał Gilbert, zaliczając 6 przechwytów. Jeden z tych odbiorów z pewnością do dzisiaj śni się Zachowi Randolphowi, który po stracie wyprowadził bardzo mocny cios piłką w klatkę piersiową Arenasa. Za dwa dni, gdy Gilbert wybiegł na boisko, aby konkurować z Duke Blue Devils o miano najlepszej drużyny w kraju, nadal odczuwał intensywny ból. Tego poranka myślał, że nie zdoła podnieść czterech liter z łóżka, ale wreszcie jakoś się ogarnął. Przecież nie ma nawet mowy, żeby przegapił szansę na mistrzostwo uniwersyteckie.

Finał pomiędzy Arizoną Wildcats a Duke Blue Devils należał do niezwykle emocjonujących, przede wszystkim ze względu na genialną, wszechstronną grę Shane’a Battiera. Od stanu 39-37 dla podopiecznych trenera Mike’a Krzyzewskiego, Blue Devils zanotowali run 11-2 (trzy celne trójki odpalił Mike Dunleavy Jr.). Wildcats czterokrotnie zbliżali się do oponentów na 3 oczka. Niestety, Battier wziął odpowiedzialność za końcowy wynik na siebie, trafiając dwa istotne rzuty, aczkolwiek najważniejszy moment należał do Jaya Williamsa.  Przez cały mecz tragicznie pudłował, lecz na niespełna dwie minuty przed syreną obwieszczającą koniec zawodów trafił z dystansu, co dało wtedy 8 oczek przewagi nad Wildcats. Triumf odnieśli koszykarze Duke, pokonując Wildcats 82-72. Nasz bohater musiał obejść się smakiem.

Po tych wydarzeniach Gilbert Arenas podjął decyzję, że będzie uczestniczył w nadchodzącym naborze do najlepszej koszykarskiej ligi świata. Choć liderował wśród strzelców Arizony, duża rzesza skautów uważała, że jest za młody, zbyt chudy oraz niedoświadczony, aby mieć wpływ na rezultaty meczów na pozycji rzucającego obrońcy, a występy na rozegraniu może sobie wybić z głowy. Gdy łowcy talentów analizowali zalety i wady Gilberta, on – chyba nieco zaślepiony pychą – dostrzegał wzrost swoich notowań w drafcie NBA 2001. Wkrótce jego mniemanie o sobie zostało zweryfikowane.

Ojciec Arenasa wyprawił w Studio City wielkie przyjęcie na jego cześć podczas dnia naboru. Po dwudziestu wyczytanych nazwiskach zrezygnowany Gilbert zawołał Raya Tantiona, który rekrutował go z boisk licealnych, i zapytał:

Istnieje jakieś wyjście, aby naprawić wyrządzone szkody? Czy ktoś może tutaj poprosić komisarza Davida Sterna?

Ten tekst można różnie interpretować. Moim zdaniem Gilbert Arenas pragnął cofnąć własną kandydaturę do NBA, ale Ray Tantion znał się na baskecie, a nie konstruowaniu maszyn do podróży w czasie. Spanikowany Gilbert rozbeczał się. Ostatnim razem szlochał, kiedy był jeszcze dzieckiem. Wtem usłyszał z nowojorskiej sceny znamienne w jego karierze słowa:

Z trzydziestym pierwszym numerem draftu NBA 2001, Golden State Warriors wybierają Gilberta Arenasa z University of Arizona.

Are you Hero, Agent Zero?

Tytuł tego segmentu życia głównej postaci dzisiejszego artykułu nie wziął się znikąd. Jego przydomek też nie jest dziełem przypadku. Agent 0 przylgnął do Gilberta w nawiązaniu do numeru na koszulce, który sobie wybrał, a także umiejętności trafiania arcyważnych rzutów w kluczowych fragmentach meczów. Czy był bohaterem? Śpieszę z odpowiedzią. Tak, był bohaterem. Bohaterem, którego ówczesna NBA potrzebowała, choć miała ich wielu. Gościem wyselekcjonowanym w drugiej rundzie draftu, prawdziwym – jak się potem okazało – stealem naboru do NBA w 2001 roku. Oprócz tego nadano mu pseudonim Hibachi – od nazwy japońskiego naczynia, służącego do grillowania jedzenia. Tłumacząc potocznie słowo hibachi na język polski, można powiedzieć: czara ognia. Zgadza się, Gilbert Arenas miał coś z Harry’ego Pottera, szczególnie w okresie występów w trykocie Washington Wizards, ale do tego zdążymy dojść. Póki co, zróbmy krótki przegląd gry Agenta 0 w barwach Golden State Warriors.

Hibachi dołączył do ligi z tym samym przekonaniem, które towarzyszyło mu trzy wiosny temu. Mianowicie, że zostanie starterem w połowie rozgrywek. Po tych słowach skierował swe kroki na salę gimnastyczną, gdzie rozpoczął ciężkie treningi.

Gilbert Arenas przybył na obóz treningowy wraz z Jasonem Richardsonem oraz Bobem Surą. Trener Brian Winters nie przepadał specjalnie za młodziakami, którzy nie ukończyli studiów, a już chcą podbijać NBA. Oświadczył Gilbertowi, że będzie trzymał go na ławce rezerwowych, niezależnie od bilansu drużyny. Żółtodziób wciąż harował na treningach, obserwował koszmarne porażki Wojowników i analizował czego może się nauczyć tylko patrząc (opinie na ten temat pozostawiał sobie). Skala talentu drużyny Golden State wykraczała poza granice pojmowania koszykówki, bo mieli w składzie J-Richa, Larry’ego Hughesa czy Antawna Jamisona, jednak metody Wintersa spaliły na panewce. Ogromna katastrofa. Bo jak określić sezon, w którym drużyna wygrywa tylko 21 spotkań, przy 61 niepowodzeniach?

Tymczasem Gilbert Arenas zdołał pozyskać klucz do obiektu, w którym Warriors rozgrywali swoje spotkania, więc mógł rozwijać własne koszykarskie zdolności do późnych godzin nocnych. Lubił też odwiedzać lokalne boiska, gdzie grywał w basket na znak protestu przeciwko kontraktowi, opiewającemu na 850 000 dolarów za granie ogonów. Gilbert zorientował się, że to właściwie jedyne występy, w których może pokazać pełen wachlarz możliwości. Miejscowe chłopaki często przychodziły, chcąc skopać tyłek profesjonalnemu zawodnikowi. Był niczym mięso armatnie rzucone przez NBA.

W zespole nadal pełnił funkcję ławogrzeja. Gdy wybierano graczy do Rookie Challenge, jego nazwiska na próżno było szukać wśród wyróżnionych. Frustrowało go, że musi oglądać te zawody, głównie dlatego, że niszczył tych zawodników na parkietach akademickich. Gilbert Arenas stał się jeszcze bardziej zdeterminowany i gotowy do walki, kiedy wreszcie otrzyma szansę. W pewnej części kampanii Larry Hughes przestał grzeszyć skutecznością, zatem Winters zadecydował, że powierzy zadania ofensywne Gilbertowi. Agent 0 nigdy nie chciał być rozgrywającym, ale z minuty na minutę czuł coraz głębszą więź z tą pozycją.

Arenas to istny żartowniś, facet o donośnym głosie. W naszych osobowościach była masa różnic, ale darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem. [Larry Hughes]

Gilbert Arenas zakończył debiutancki sezon z niezbyt powalającymi na kolana średnimi statystycznymi: 10.9 punktu, 3.7 asysty, 2.8 zbiórki oraz 1.5 przechwytu na mecz. Jednakowoż, zajął czwarte miejsce na liście strzelców, trzecie na liście asystentów i przechwytujących wśród żółtodziobów NBA. Zapewne znalazłby się wyżej, lecz ograniczona liczba spotkań dała takie, a nie inne rezultaty. Np. kiedy występował w wyjściowej piątce zespołu (30 startów) notował 14.1 punktu i 5.1 asysty. Jest różnica? Jest. Szkoda, że trener Warriors tak późno się w tym połapał.

Aha, zapomniałbym. W trakcie rozgrywek – gdy Golden State polecieli do Miami, aby zmierzyć się z Heat – Hibachi ponownie spotkał swoją matkę. Wyobrażał sobie ten moment jako bogaty w troskliwe uniesienia, niebywale wzruszający. Jacek Podsiadło napisał dawniej: „Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń – wzruszenie ramion”. Sprawdziło się w stu procentach. Kiedy przytulił się do rodzicielki, a ona się przedstawiła, obojgu zabrakło słów. Nie dlatego, że tonęli we łzach spowodowanymi dwudziestoletnią tęsknotą. Po prostu nie mieli sobie nic do powiedzenia.

Latem, przed rozgrywkami zasadniczymi 2002/03, Golden State Warriors poczynili radykalne kroki, pozbywając się Larry’ego Hughesa, Mookiego Blaylocka oraz Deana Oliviera. W drafcie NBA poświęcili trzeci pick pierwszej rundy na Mike’a Dunlaevy’ego Juniora, natomiast na stanowisku szkoleniowca drużyny zatrudnili Erica Musselmana. Gilbert Arenas całkowicie przejął stery na rozegraniu. Obejrzał wtedy multum kaset z występami byłych gwiazd Arizona Wildcats – Mike’a Bibby’ego i Damona Stoudamire’a – aby jeszcze bardziej udoskonalić własny warsztat.

Gdy odpowiedzialność za ofensywę spoczęła na barkach Hibachiego, zaczął na poważnie przykładać się do swoich obowiązków. Wojownicy wygrali 36 spotkań i przerżnęli 46 potyczek. Bezlik tych porażek następował już w drugich kwartach meczów, co wpływało na pioruńskie zafrasowanie Agenta 0. Gilbert Arenas wyładowywał złość przede wszystkim na sędziach, łapiąc od groma przewinień technicznych (14 w tamtym sezonie), ale zdołał nawiązać porozumienie z kolegami z drużyny. Czasami brał prysznic już w przerwie poszczególnych pojedynków (w stroju sportowym), by – jak sam twierdzi – ochłodzić gorący łeb. Bywały dni, kiedy łamał tablice do rozrysowywania zagrywek, ciskając notatkami w rzędy krzesełek (miał w sobie jakiś pierwiastek z Gregga Popovicha czy Bobby’ego Knighta). Jason Richardson ochrzcił go ksywką Baby Ron Artest, aczkolwiek do postępków Rona sporo mu brakowało.

Nie dało się go doprowadzić do szewskiej pasji. Co najwyżej – do śmiechu. [J-Rich]

Gilbert rozegrał wszystkie 82 mecze sezonu regularnego, notując rewelacyjne statystyki: 18.3 punktu, 6.3 asysty, 4.7 zbiórki oraz 1.5 przechwytu na mecz. Przez około 3000 minut spędzonych na parkiecie podczas całej kampanii udowodnił niedowiarkom, że może być niesamowicie produktywnym zawodnikiem ligi. Po zakończeniu rozgrywek otrzymał statuetkę wręczaną graczowi, który poczynił największy postęp (Most Improved Player), wyprzedzając w wyścigu o tę nagrodę Tony’ego Parkera i Chaunceya Billupsa. Dodatkowo wziął udział w Rookie-Sophmore Game podczas NBA All-Star Weekend, gdzie uzyskał 30 punktów (11/17 trafień z pola, 6 celnych prób za trzy) i został wybrany MVP spotkania.

Osoba Hibachiego elektryzowała fanów Golden State Warriors do czasu, aż odkrył lukę prawną w CBA (Collective Bargaining Agreement), czyli umowie, zwaną dalej układem zbiorowym, pomiędzy włodarzami NBA a związkiem zawodowym koszykarzy. Z uwagi na to, że został wytypowany jako pick drugiej rundy naboru do ligi, Gilbert Arenas skorzystał z Early Bird Exception. Ten wyjątek polega mniej więcej na tym (tutaj posłużę się cytatem ze strony redakcji bostonceltics.pl):

Early Bird to słabsza forma wyjątku imienia Larry’ego Birda. Ma zastosowanie dla zawodników, którzy częściej zmieniali zespoły i byli w zespole dwa sezony. W porównaniu do bliźniaczego imiennika ten wyjątek pozwala na zaproponowanie zawodnikowi minimalnie dwu a maksymalnie czteroletniej umowy i pensji nie większej niż 175% poprzedniego wynagrodzenia (lecz nie więcej niż pensja maksymalna) lub 104,5% średniej pensji w lidze (Estimated Average Salary) w poprzednim sezonie (w zależności od tego, która z tych wartości jest większa). Istotne jest jednak, że jeżeli zawodnik jest zastrzeżonym wolnym agentem i ma niepełne prawa Birda, wtedy jego obecna drużyna może skorzystać z tego wyjątku, żeby wyrównać ofertę innej drużyny. Natomiast jeśli drużyna chce zaproponować zawodnikowi jednoroczny kontrakt wtedy musi się zrzec praw Early Bird i przedłużyć zawodnika na zasadach Non-Bird.

Tak na marginesie, gorąco polecam polski serwis internetowy o Celtach. Można tam nabyć wiedzę o wyjątkach dotyczących prawa Birda oraz o wielu innych uwarunkowaniach związanych z przepisami NBA. W każdym razie, naszemu bohaterowi przedstawiono oferty z Golden State Warriors, Los Angeles Clippers oraz Washington Wizards. Gilbert Arenas podpisał umowę ze stołecznym zespołem Czarodziei o łącznej wartości bagatela 65 milionów dolarów za sześć lat gry.

Gilbert Arenas i Czara Ognia

Znowu jesteśmy przy Harrym Potterze. J.K. Rowling, pisząc kolejne wersety przygód czarodzieja z Hogwartu, zapewne nie przypuszczała, że jakiś typek z podlaskiej miejscowości będzie porównywał losy Harry’ego do życia Gilberta Arenasa w swoim tekście. Bo i w sumie nie porównuje. Jedynymi wspólnymi mianownikami obu historii jest tytuł rozdziału oraz fakt, że Agent 0 również był czarownikiem. Gilbert został zwerbowany do drużyny ze stolicy USA przez Erniego Grunfelda, któremu nad wyraz imponowała etyka pracy Arenasa:

Nie znam zbyt wielu zawodników, którzy przychodzą na salę treningową około między drugą a trzecią w nocy, albo wykonują z dość dużą powtarzalnością 500 rzutów z wyskoku dziennie, aby stale poprawiać swoje umiejętności. Gilbert Arenas był po prostu koszykarskim ćpunem.

Trener Eddie Jordan dysponował wówczas solidną paczką: Brendan Haywood, Jerry Stackhouse, Gilbert Arenas czy Larry Hughes. Że już nie wspomnę o fenomenie Kwame Browna. W sezonie 2003/04, Hibachi trzykrotnie osiągnął triple-double, sześć razy zaliczał 30-punktowe występy, raz zdobył 40 oczek, a nawet wyrównał rekord organizacji pod względem ilości celnych trójek w jednym meczu (8/11 3PT przeciwko Los Angeles Lakers), ale nie miało to przełożenia na wyniki zespołu (bilans 25-57). Pomimo tego Eddie Jordan namiętnie zachwalał swojego podopiecznego:

Jest niebywale dojrzałym koszykarzem, dobrym kolegą z drużyny, liderem z prawdziwego zdarzenia, mądrym rozgrywającym i świetnym strzelcem. Za dawnych czasów ktoś wymyślił ideologię, teraz mamy Gilbertologię.

Przełom w karierze Agenta 0 miał miejsce w kampanii 2004/05, kiedy notował średnio 25.5 punktu na spotkanie, dzięki czemu został wybrany do Meczu Gwiazd NBA. Washington Wizards – legitymując się rekordem 45 zwycięstw i 37 przegranych – zakwalifikowali się do play-offów z piątej lokaty na Wschodzie. W pierwszej rundzie fazy posezonowej ograli Chicago Bulls (4-2), lecz odpadli w półfinałach konferencji wschodniej, gdzie sweepa sprezentowali im Miami Heat. Jednak mi w zwojach mózgowych najbardziej zakodował się kwietniowy pojedynek Arenasa z LeBronem Jamesem:

W 2006 oraz 2008 roku Czarodzieje także święcili udział w postseason, aczkolwiek odpadali stosunkowo szybko. Zachowując kolejność chronologiczną: z Cleveland Cavaliers (4-2) i powtórnie z Cavs (4-0). Nikt nie ucierpiał, lecz winnych by się paru znalazło. Nie zamierzam tego roztrząsać. Gilbert Arenas do swojego sportowego CV załączył też epizody w Orladno Magic oraz Memphis Grizzlies. Jak ja zapamiętam występy Hibachiego na boiskach najlepszej koszykarskiej ligi na naszej planecie? Na pierwszy ogień z pewnością pójdzie rekord kariery – 60 punktów przeciwko Los Angeles Lakers…

…bitwę w duchu sportowej rywalizacji ze Stevem Nashem, okraszoną dogrywką…

…game-winnery przeciwko Chicago Bulls…

…i Utah Jazz (51 oczek, 7 trafionych prób zza łuku)…

…piękną, acz niezwieńczoną sukcesami, współpracę z Johnem Wallem, gdy Gilbert adresował podanie nad obręcz…

…lub asystował przy okazji innego kontrataku…

…albo kiedy miotał buzzer-beatera przez prawie całą długość boiska…

…bądź walnie przyczyniał się do przerwania passy siedemnastu następnych domowych zwycięstw ery LeBrona w Miami Heat:

Gilbert Arenas uraczył nas wieloma ekscytującymi chwilami, gdy zasiadaliśmy przed ekranami telewizorów, tudzież monitorów, chcąc zobaczyć wspaniałego koszykarza, który wprawdzie nie zdobył najważniejszych trofeów, które mogłyby rywalizować z miarą jego talentu czy umiejętności, lecz miał w sobie wyjątkową nutę do robienia spektakularnego show. Za to go cenię, za to zaszczytnie składam mu podziękowania, za to dziś biję mu pokłony. Pora na statystyczną część artykułu oraz tradycyjne dziesięć topowych zagrań.

Jednoręczne przedstawienie

Jak powszechnie wiadomo, All-Star Weekend jest przede wszystkim kierowane do sympatyków basketu z najwyższej półki, aby cieszyć ich oko. Rokrocznie to wydarzenie sportowe jest nasycone popisami ofensywnymi w meczach gwiazd, efektownymi ewolucjami w powietrzu podczas konkursu wsadów czy ustanawianiem rekordów trafień zza łuku w trakcie Three-Point Contest. W 2007 roku Gilbert Arenas dotarł do finału rywalizacji najlepszych strzelców NBA i – gdy uzmysłowił sobie, że nie przebije Jasona Kapono – postanowił wprowadzić element rozrywki, czyli właściwie to, co wychodziło mu najlepiej. Przy ostatnim pojemniku z piłkami zaczął rzucać jedną ręką, dwie próby znalazły drogę do kosza:

Jeden z komentatorów skwitował ten pomysł Hibachiego następująco:

Będę chociaż showmanem, skoro nie mogę być zwycięzcą.

True, true…

Niebezpieczne zabawki

Czy ktoś jeszcze pamięta aferę z niezaładowaną bronią palną, którą Agent 0 trzymał w szafce klubowej szatni Washington Wizards? Potem wygrażał giwerą koledze z zespołu (ładni mi kumple) – Javarisowi Crittentonowi. Ten nie dał sobie w kaszę dmuchać, po czym też zaczął wymachiwać pukawką. Przyczyną był dług karciany, bez żadnych wyjaśnień. Tak brzmiała oficjalna wersja. Kilka lat temu Caron Butler w książce własnego autorstwa pt. „Tuff Juice” skonkretyzował obraz tamtego incydentu:

Lecieliśmy do domu po przegranym meczu z Phoenix. Gilbert, Crittenton i kilku innych grało w karty, gdy wybuchła kłótnia. Gilbert lubił rządzić w zespole, ale Javaris źle znosił niektóre jego zachowania. Siedzieli naprzeciw siebie, ja kimałem z drugiej strony przejścia. Przebudziłem się, słysząc Crittentona: „Odłóż pieniądze, odłóż pieprzone pieniądze z powrotem”. Kiedy Gilbert wsadził kasę do kieszeni, Javaris chwycił go za fraki. Na to wszystko z siedzenia wystrzelił Antawn Jamison, całym ciężarem ciała przycisnął Javarisa i kazał mu się uspokoić. Kazałem im wszystkim zamknąć mordy. Spytałem, ile było w puli. Okazało się, że 1100 dolarów. Mówię do Gilberta: „Nie powinno być ci ciężko oddać dług, wszyscy nieźle żyjemy, zapłać mu”. W końcu gość, który zarabia 111 milionów nie powinien się bić o tysiąc sto dolarów. Nie dotarło. Kłócili się przez całe lądowanie i kiedy szli do samochodów. Ernie Grunfeld, szef zespołu pochylił się nade mną: „Porozmawiaj z nimi”. Powiedziałem mu, że już to zrobiłem, ale ciągle się spierają. Sytuacja wymykała się spod kontroli. „Zobaczę cię jutro na treningu i wiesz co będzie – Arenas. Pobawimy się pukawką, itp.”. Trening startował o dziesiątej, ale wszyscy byliśmy na miejscu nieco wcześniej. Wchodzę do szatni, a tam widok jakby ktoś cofnął mnie w czasie, zabrał z powrotem na ulicę. Gilbert stoi przed szafką, tą samą, która wcześniej zajmował Michael Jordan, na półce cztery pistolety. Javaris stoi do niego plecami, przed swoją szafką. Słyszę Gilberta. „Hej, skurwysynu, chodź, wybierz sobie. Strzelę ci w dupę z jednego”. Na to odwraca się Javaris: „Nie trzeba, mam tu własny egzemplarz”. Odbezpieczył naładowany pistolet i wymierzył w Gilberta. Szatnia zamarła. Oczy wyszły chłopakom z orbit. Wszyscy wybiegli na zewnątrz. Ja nie panikowałem, bo widziałem w swoim życiu gorsze rzeczy, w mojej okolicy było to jak kolejny dzień. Mówię spokojnie do Javarisa, przypominam mu, że jego cała kariera, całe życie będzie skończone, jeśli w tym momencie pociągnie za spust. Patrzę na Gilberta, ten cichutko usuwa się z miejsca zdarzenia. Wiedział, że posunął się za daleko. Po chwili Javaris opuścił broń. Ktoś z zewnątrz zadzwonił po policję. Flip Saunders, ówczesny trener był zbyt przerażony, żeby wejść do szatni. Nie miałem złudzeń. Wiedziałem, że to zdarzenie kończy pewien etap tego zespołu. Trzeba było zacząć od początku. Niedługo potem Grunfeld powiedział do mnie: „Będziemy musieli wytransferować wszystkich, zacząć od nowa”. Odpowiedziałem mu: „Okej”. Cóż innego miałem powiedzieć?

Dzieci nie powinny bawić się zapałkami, a broń palna nie powinna wpadać w niepowołane ręce. Prawdą jest, że gigantyczne sumy pieniędzy mogą uderzyć do głowy, ale w tym przypadku, najzwyczajniej w świecie, chłopakom odp… biła palma. W kwestii formalnej – wiecie czym para się teraz Javaris Crittenton? Otóż, został skazany na 23 lata odsiadki za morderstwo, podżeganie do podobnych czynów, składanie fałszywych zeznań oraz przynależność do ulicznego gangu. 23 lata to i tak najniższy wymiar kary.

Stutysięcznik

Dwa miesiące temu Gilbert Arenas założył się z Nickiem Youngiem, że rzuci więcej trójek od niego. Stawką pojedynku było sto tysięcy dolarów w gotówce, ale Swaggy P nie zjawił się na spotkaniu. Jak na ziomka, który od czterech lat urzęduje na kanapie i ogląda Netflixa, Hibachi jest w fantastycznej formie. Trafił 95 na 100 prób z dystansu.

He’s on-fire! Wykrzyknął pewien koreański przywódca, pochodzenia anglosaskiego z argentyńskimi korzeniami, którego prababcia przeżyła kiedyś upojny romans na Wyspie Wielkanocnej z Amerykaninem o nazwisku Robbie Kowalski. Popłynąłem, przepraszam. Lubimy czasem z jednym z Labsowych redaktorów prawić tego typu wywody. „He’s on-fire” znaczy „on płonie”. Nie żartuję. Ten sam redaktor zwrócił się do mnie kiedyś: „Stay in touch”, by za chwilę rychło przeprogramować to na język polski: „Pozostajemy w dotyku”. Ja również pozostaję z wami w dotyku, życząc wszystkiego najlepszego.

Drodzy czytelnicy, kto ma zostać bohaterem następnego „Trash Talkera”? Tracy McGrady czy Jason Williams? Na wasze głosy w komentarzach czekam do czwartku wieczorem. Pozdrawiam!

11 Komentarze

  1. O taki artykuł nic nie robiłem 🙂
    SzapoBa Panie Mateuszu 😉

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję za uznanie! 🙂

  2. Szczerze mówiąc, to Arenasa zapamiętałem właśnie z akcji z bronią. Ciekawy ma życiorys. Zresztą jak większość graczy NBA. Następny niech będzie JW.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Tak, większość z nich miało ciekawe życie. Incydent z gnatem tylko potwierdza, że Hibachi miewał nierówno pod sufitem, aczkolwiek – gdy przeanalizuje się relację Carona Butlera – chyba bardziej chodziło o temat, kto w stadzie pełni rolę samca alfa. Arenas kochał rządzić, aż dziw, że nie został gubernatorem. 😀

  3. T – Mac poproszę

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Głos zaliczony, pozdrawiam. 🙂

  4. Świetny artykuł , a następny niech będzie White Czekolada 😉

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję za miłe słowa. 2-1 dla J-Willa. 😉

  5. fiu fiu, kto by pomyślał że ktoś napisze o Arenasie, widać że autor nie myśli utartymi schematami, brawo

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję! 🙂 Zgadza się – nie lubię sztywno trzymać się szablonów, choć czasem nie ma innego wyjścia. Wybór zawodnika do następnego artykułu, czcigodna publiczności, zależy wyłącznie od Was. Bo ja, cóż ja mogę? Ja tu tylko sprzątam. 😉

      1. wszyscy wybiorą Williamsa, nawet nie pytaj 😉

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *