Fast Break: Historia inna niż wszystkie

Paweł Mocek Fast Break Felietony Strona Główna 14

Największa zagadka tego lata została rozwiązana już 2. lipca i od tamtego czasu mam wciąż jakieś ambiwalentne odczucia. Dla postronnego obserwatora, przy transferze LeBrona Jamesa do Los Angeles Lakers – choć byliśmy na niego przygotowywani plotkami wypuszczanymi w ostatnich dwóch tygodniach – od razu pojawiają się znaki zapytania. Rozumiemy, ale chcielibyśmy zrozumieć jeszcze bardziej.

Te wątpliwości i pytania starał się wyjaśnić wieloletni agent i partner biznesowy LeBrona, Rich Paul.

Żeby nie było nieporozumień, nikt tak naprawdę nie wiedział co robiliśmy, albo czego nie mieliśmy zrobić. Było mnóstwo spekulacji. Nie posiadamy źródeł. Tym, którzy ze mną rozmawiali, dawałem im tyle informacji, ile tylko mogłem, ale dla niego [LeBrona] była to koszykarska decyzja. To było chyba jedno z jego największych wyzwań w tym roku.

Gdy poszedł do Miami, chodziło o wygranie mistrzostwa. Gdy wrócił do domu, chodziło o spełnienie obietnicy. (…) Tutaj, chodziło głównie o to, co on sam chce zrobić i co sprawi, że będzie szczęśliwy – i na to zasłużył, będąc przed swoim 16. sezonem.

Z jednej strony, jest to standardowa odpowiedź Paula – pełna oczywistych rzeczy. W tym przypadku, mamy jednak do czynienia z człowiekiem wyjątkowym, jednostką wybitną w tym co robi, to warto trochę się nad tym pochylić. Pamiętamy moment, w którym przychodząc do Miami Heat, zapewniał kibiców ile mistrzostw chce tam wygrać („Not one, not two, not three…”). Po powrocie do Cleveland mówił, że robi to, co uszczęśliwi jego miasto i całe Ohio. Teraz robi to, co sam chce robić, by samemu być szczęśliwym – a w domyśle, by szczęśliwa była cała jego rodzina oraz bardzo wąski krąg ludzi, znajdujących się wokół niego.

Proces dojrzewania u Jamesa jako zawodnika i jako człowieka tak naprawdę zawsze był jednym i tym samym procesem. Koszykówka uczyła go życia, życie uczyło go jak prowadzić swoją karierę. Wchodząc do ligi z mianem „The Chosen One” i wybierając w swoim pierwszym sezonie koszulkę z numerem „23” było jasne, że wszyscy oczekiwać od niego będą, że stanie się kolejnym Michaelem Jordanem. Jego ambicją było oczywiście zostanie najlepszym graczem w historii i mówił nawet o tym otwarcie w 2016 roku, zaraz po tym jak dokonał największego comebacku w historii Finałów NBA.

Moją motywacją, jest duch którego gonię. Duch, który grał w Chicago.

James dobrze wiedział, że musi zacząć wygrywać mistrzostwa, by w oczach ludzi nie stać się kolejnym Charlesem Barkleyem, czy Elginem Baylorem. To w jego prime’ie zaprowadziło go do Miami Heat, pod skrzydła Dwyane’a Wade’a, ale przede wszystkim Pata Rileya. Człowieka, który dobrze wiedział jak budować mistrzowską drużynę, jak ją trenować (albo kogo do trenowania wyznaczyć) i jak przygotować swoich graczy do kilkuletniego playoffowego runu. Ale nawet tam, James był wciąż nie do końca dojrzały – zarówno jako koszykarz, jak i człowiek. „Not one, not two, not three” – czegoś takiego nigdy nie powiedziałby 33-letni LeBron. Nie zrobiłby także tego, co zrobił w 4 kolejnych czwartych kwartach Finałów 2011 z Dallas Mavericks. Nie zniknąłby.

Wtedy dopiero nastąpiła pierwsza poważna zmiana w mentalności LeBrona. Jego długoletnia narzeczona Savannah Brinson (rok później doszło do ślubu) i dzieci przeprowadzili się do Miami przed sezonem 2011/12. Sam James miał mnóstwo czasu na pracę nad swoim ciałem i nad swoją grą, ze względu na trwający aż do grudnia lokaut. Nauczył się jeszcze lepiej korzystać ze swojej fizycznej dominacji, pracując między innymi z Hakeemem Olajuwonem nad swoją grą tyłem do kosza. W skróconym sezonie, James oddawał najmniej rzutów z dystansu w całej swojej karierze (2.4 na mecz), korzystając ze swojego prime-atletyzmu. Kolejnego lata pracował już nad rzutem z dystansu i zmienił też technikę rzutów wolnych, trenując z Rayem Allenem. W sezonie 2012/13 był już zawodnikiem praktycznie kompletnym.

Podwójne MVP i podwójne mistrzostwo zrzuciło wreszcie z jego barków coś w rodzaju presji. Do tej pory chciał udowodnić wszystkim wokół, że rzeczywiście może wyprzedzić Michaela Jordana i z każdą kolejną porażką, presja stawała się coraz większa. Zaczął wygrywać, bo zaczął uczyć się na błędach. Do tej pory wszyscy wmawiali mu, że by stać się lepszym od Mike’a, musi robić to co on, tylko lepiej. W Miami zrozumiał, że nie chce być jak Mike. Chce być jak LeBron James, pisać własną historię, którą ludzie będą kiedyś opowiadać z takim samym przejęciem, jak o dwóch three-peatach Jordana.

Po porażce z San Antonio Spurs w Finałach 2014 roku, James ponownie miał los w swoich rękach. Coś w Miami się wypaliło – Dwyane Wade podupadł na zdrowiu, w drużynie nie było świeżej krwi, a relacje z Rileyem ochłodziły się, gdy ten użył amnestii na kontrakcie Mike’a Millera. Gdyby został, na pewno nie byłaby to sensacja, ale pojawiła się wtedy szansa na napisanie kolejnego rozdziału w swojej historii, praktycznie skazanego na pozytywne przyjęcie w oczach innych. Takiego, jakim nie mógłby się pochwalić żaden inny gracz w historii.

Oczywiście, według słów Richa Paula i samego Jamesa, powrót do Cleveland był spowodowany chęcią dotrzymania niewypełnionej obietnicy i na pewno tak również było. Ruch z powrotem do domu był jednak także świetnym posunięciem wizerunkowym, ocieplający go jeszcze bardziej już po „odkupieniu” swojej wcześniejszej historii dwoma mistrzostwami NBA. Jeszcze większym zwycięstwem Jamesa było samo wdrożenie w życie słynnego już „I promise”, które znajduje się co mecz na jego nadgarstkach. Naprzeciwko niego stanął nagle świeżo uformowany potwór, zbudowany na fantastycznych wyborach w drafcie, świetnym zarządzaniu swoim cap space i systematycznemu oraz schematycznemu rozwojowi, a on i tak zdołał go pokonać, w dramatycznych okolicznościach.

Do dziś, gdy mówimy Finały 2016, myślimy „Choke Golden State Warriors”. Po zakończeniu kariery Jamesa, będziemy już pewnie jemu przypisywali zasługi za pokonanie być może najlepszej drużyny w historii koszykówki (oczekującej na stanie się jeszcze lepszą, po dodaniu Kevina Duranta). LeBron dotrzymał obietnicy i zrzucił z siebie kolejne brzemię. Wtedy nastąpiła kolejna zmiana w mentalności Jamesa, który już w tamtym momencie miał świadomość, że dokonał niemal niemożliwego. Od tamtej pory LeBron już po prostu nie zwracał uwagę na presję – robił to, na co sam miał ochotę, a nie to, czego oczekiwali od niego inni.

Nie walczył o pozostanie Kyriego Irvinga, z którym miał dość szorstkie relacje – jak ostatnio się dowiadujemy – od czasu samego powrotu do Cleveland. Publicznie między wierszami przyznawał, że musi robić naprawdę wiele, by ta drużyna miała w ogóle szansę powalczyć w playoffach. Jednocześnie rozegrał w ostatnim sezonie prawdopodobnie najlepsze rozgrywki w swojej karierze, mimo 33 lat na karku. Wiedział, że w tym momencie może prowadzić swoje legacy dokładnie tak, jak sam tego chce – nie być jak Mike, tylko być jak LeBron.

Stąd tak neutralnie została przyjęta decyzja o dołączeniu do Los Angeles Lakers. W innych okolicznościach, przy ocenie transferu innego zawodnika mówilibyśmy o względach sportowych i zastanawialibyśmy się jak to możliwe, że nie poszedł na przykład do Philadelphii 76ers, czy do Houston Rockets. W miejsce, gdzie będzie miał większą szansę na zagrożenie Golden State Warriors. James ciężką pracą na parkiecie, jak i na polu ocieplania swojego wizerunku, doszedł do momentu, w którym jego decyzji się nie ocenia, a po prostu przyjmuje się je do wiadomości.

Ta wzorcowo prowadzona od 7 lat kariera przenosi się teraz właśnie do Miasta Aniołów, gdzie James ma swój dom i… właściwie na tym kończy się moja argumentacja tego wyboru. Ewentualnie można do tego dodać „wielki świat”, nieporównywalny do tego w Ohio, natomiast takiej globalnej postaci jak LeBron, większego rozgłosu już raczej nie potrzeba.

Tak jak jednak wspomniałem – James zapracował na to, by móc kierować swoim legacy tak, jak chce. Bez oglądania się na porównania jego kariery do kariery Michaela Jordana. Nie było show w telewizji ESPN, jak w 2010, nie było obszernego wywiadu dla Sports Illustrated, jak w 2014. Wszedł, podpisał, wyszedł i tyle. Chciałbym poczytać, dlaczego akurat tak zrobił, choć pewnie byłaby to wypowiedź w stylu tej jego agenta, którą cytowałem wyżej. Nie chodziło o mistrzostwa, nie chodziło o gonienie ducha i nie chodziło o uszczęśliwienie innych ludzi. Być może chodziło o postawienie sprawy jasno – moja historia jest inna od tych, które do tej pory widzieliście, od tych które chcielibyście zobaczyć i od tych, które zobaczycie u innych.

14 Komentarze

  1. Świetny artykuł.

  2. Tak naprawdę to James od dziecka marzył, żeby być aktorem. Dlatego wybrał Lakers, żeby być blisko Hollywood. Niestety skubany zaczął rosnąć. Resztę znacie.😉 A tak swoją drogą bardzo mnie ciekawi na co będzie stać LAL. Jak dojdzie KL, to będzie bardzo ciekawie.

  3. będzie ciekawie, mam nadzieje ,że LaL nie będzie w playoffs a Le Fake pęknie

  4. będą w playoffs spokojnie, to będzie główne story w przyszłym sezonie, co robi James i jak wiele wnosi, a wiesz dlaczego? (@belamg), bo już ludziom rzygać się chce od GSW, a James na zachodzie to nowa sprawa, mimo że scenariusz gdzieś już widzieliśmy, fani podświadomie będą kibicować Lakers nawet bardziej niż Rockets.

    1. Ciekawe, bo mnie rzygać się chce od Jamesa, gdzie to nie pójdzie i co nie zrobi.

  5. @Juzek
    Miałem podobne podejście do LBJ jeszcze gdy podejmował the decision #2, ale nauczyłem się go szanować. Będąc osobą wychowaną na sukcesach Bulls z lat 90, uznałem go za najlepszego koszykarza wszech czasów (nie, nie chcę wdawać się w tą samą dyskusję).
    Teraz doceniam, że mam okazję oglądać go na żywo, mimo że wciąż nie jestem jego fanem, ba, nie kibicowałem żadnej drużynie, w której do tej pory grał. I myślę że jako kibice NBA powinniśmy cieszyć się, że to nam przyszło śledzić i podziwiać karierę Jamesa, bo nieprędko ujrzymy gracza o takich umiejętnościach.

    @belamg
    W ogóle nie rozumiem podejścia. Życzenie źle innej drużynie/zawodnikowi? Po co – przecież to takie małostkowe. Nie lepiej nadmiar negatywnej energii przeznaczyć na kibicowanie „swojemu” zespołowi?

  6. A mnie się po prostu wydaje, że nikt już szeroko nie komentuje przejścia LBJ’a do Lakersów bo niestety minęły już czasy gdy zawodnicy byli związani ze swoimi klubami naprawdę mocną więzią. Zbyt wielu zawodników zmienia kluby z różnych pobudek i w natłoku tych informacji już w zasadzie nie ma się czym ekscytować.A szkoda…

    1. @Trzmielutek
      Dużo jest prawdy w tym, co napisałeś. Ruchy transferowe w NBA idą obecnie praktycznie w każdą stronę, choć jeszcze 20 lat temu niektóre ekipy w ogóle nie miały ze sobą kontaktu. To też jest powód mniejszej rywalizacji między zawodnikami. Animozje, konflikty, wielkie „matchupy” zastąpione zostały wyrachowaniem, bo w każdym momencie można zostać wymienionym. Koszykarze nie pozwalają więc sobie na takie zachowania, starając się z każdym żyć dobrze, a przynajmniej bezkonfliktowo.
      Wina leży jednak głównie po stronie właścicieli i GMów, którzy dawno już zapomnieli o pojęciu lojalności wobec zawodników, kierując się wyłącznie dobrem organizacji. A przynajmniej tak im się wydaje. Dlatego warto z większym szacunkiem spoglądać na organizacje pokroju Spurs czy Jazz, które wciąż zdają się pielęgnować pewne tradycje.

  7. A mnie się wydaję, że po prostu jego ekipa agentów, nieźle się przejechała na obietnicach Magica i spółki. Gwarantowali mu właściwie team z Paulem Georgem i Leonardem, co spokojnie pozwoliłoby na prawdziwą walkę z GSW (przed podpisaniem Kuzyna). Tymczasem PG się wystraszył, a Spursi wydają się być w miarę odporni na szantaż.
    Skończy się tak, że LBJ zostanie z grupą niespełnionej (i po prostu słabej, poza Kuzmą) młodzieży i kilkoma półgłówkami, których udał się na szybko ściągnąć. Znowu będzie musiał grać po 40 min. żeby wciągnąć ich choćby do playoffs.Szkoda, bo w tym wieku powinien się już oszczędzać, żeby go starczyło na te kolejne 4 lata. A jak już raz złapie poważną kontuzje, to boje się, że może się posypać próbując grać bez 100% przygotowania.

    1. myślę że James przeszedł do LA dla siebie, i niezależnie od decyzji innych dobrych zawodników i tak miał zamiar postawić na Lakers

      1. A jakoś to uargumentujesz? Co to znaczy ‚dla siebie’? Nic go nie łączy z Kalifornią ani z Lakersami. To czysto biznesowa decyzja, ogromny i bogaty rynek, aby budować swoje dziedzictwo, co pasuje do planów LBJ w temacie zostania miliarderem. Były gracz Lakersów brzmi lepiej niż były gwiazdor z zadupiastego Ohio.

        1. wierzę że kilka dni temu czytałem artykuły z cytatami samego Jamesa że jest już na tym etapie kariery, że robi coś dla siebie, niekoniecznie żeby udowadniać że jest najlepszy (bo nie musi), nie znajdę ci tego teraz, chyba gdzieś tutaj
          https://ftw.usatoday.com/2018/07/lebron-james-rich-paul-basketball-decision-los-angeles-lakers-76ers-simmons-nba-free-agency-challenge-video
          ale to przykładowy link (na szybko)

          1. co ja pieprzę? przeczytałem ten artykuł (pod którym komentujemy)

          2. LeBron nie przejechał się na obietnicach, bo mógł tak czy siak spokojnie czekać i nie podejmować decyzji. Moim zdaniem pogadali szczerze z Magiciem, sam James był zresztą przeciwny oddawaniu do San Antonio tylu graczy i picków za Leonarda. Możliwe że liczył na PG13, ale ten też nie ukrywał specjalnie, że w OKC jest mu dobrze.
            Bronek podjął dokładnie taką decyzję, jaką chciał podjąć. Być może uznał, że częścią jego legacy będzie też pomoc w rozwoju młodzieży. A może ktoś mu obiecał jakąś większą rolę w Lakers po zakończeniu kariery. Tak czy inaczej stratny nie będzie.
            „Skończy się tak, że LBJ zostanie z grupą niespełnionej (i po prostu słabej, poza Kuzmą) młodzieży i kilkoma półgłówkami, których udał się na szybko ściągnąć.”
            Przypominam, że Ball w debiutanckim sezonie miał bardzo podobne staty do Jasona Kidda (co w jego rookie year wystarczyło do zdobycia nagrody dla pierwszoroczniaka), a to jednak jest gracz HoF. Ingram – średnio 16/5/4 to też nie są „słabe” statystyki, zwłaszcza dla chłopaka, który ma 21 lat i wciąż się rozwija.
            Jasne, to nie są jeszcze koszykarze gotowi na sukcesy w playoffs, niemniej potencjał w nich jest. Kuzma pokazał się jako świetny strzelec, ale jeszcze ma mnóstwo elementów do poprawy z obroną na czele.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *