Overtime: Magiczny plan Roba Pelinki

Marta Kiszko Felietony Overtime Strona Główna 8

Czy to jeszcze PR i puste frazesy czy kibice Lakers rzeczywiście mają powody do optymizmu? Magic Johnson i Rob Pelinka robią pierwsze kroki jako duet i zapowiadają, że lada moment odbudują potęgę Jeziorowców. Roztaczają wizje, które powinny dawać kibicom drużyny z Los Angeles nadzieję na przyszłość. Czy tak będzie? Przekonamy się za rok, gdy znów wpadniemy w wir transferów i plotek z poletka każdego klubu NBA.

Zaczęło się obiecująco. Na kiju powiesili marchewkę w postaci D’Angelo Russella, który nie do końca dobrze odnajdywał się w Los Angeles i tym samym pozbyli się bardzo uciążliwego (i jednego z najgorszych w NBA) kontraktu Timofeya Mozgova. Marchewkę połknęli włodarze z Brooklynu oddając w zamian centra Brooka Lopeza i pick, który Lakers idealnie wykorzystali wybierając Kyle’a Kuzmę z numerem 27. Wymiana pozwoliła im na oczyszczenie ich cap space na przyszły rok o 20 mln dolarów. To był pierwszy sygnał, że Magic i Rob nie zamierzają siedzieć cicho w offseason, a ich plany nie ograniczają się jedynie do sezonu 2017-18. Niedługo potem wykorzystując miejsce w salary cap podpisali na jeden sezon Kentaviousa Calldwell-Pope’a, który będzie pełnić rolę two-guarda w rotacji Waltona.

Pelinka i Johnson po wyczyszczeniu składu, w którym zatrzymali jedynie sześciu z piętnastu zawodników z zeszłego sezonu (zostali: Jordan Clarkson, Brandon Ingram, Larry Nance Jr, Julius Randle, Ivica Zubac i weteran Luol Deng) zamierzają dodać jeszcze jednego rozgrywającego, który miałby być mentorem i przewodnikiem dla Lonzo Balla. Lonzo nie zagrał jeszcze ani minuty w prawdziwym meczu NBA, a już ciąży na nim presja i status przyszłej supergwiazdy. To właśnie dlatego Lakers będą drużyną „fun to watch”, skupiającą na sobie uwagę mediów i kibiców. Swój udział w Lonzomanii ma przede wszystkim jego ojciec, który skutecznie nakręca fanów koszykówki swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami (czekam aż zobaczę LaVara w mojej lodówce!), ale jego syn już w lidze letniej udowodnił, że ma rewelacyjny przegląd pola i podaje ze szwajcarską precyzją. Jeżeli Lakersom uda się dołożyć weterana na pozycji 1 będzie można uznać, że są gotowi, by stanąć w szranki z przeciwnikami podczas sezonu regularnego.

Czy to już zespół na playoffy? Jeszcze nie teraz. Najpierw muszą ograć swoją pierwszą piątkę, Lonzo musi się rozgrzać, poczuć różnicę gry na pakietach NBA w stosunku do uczelnianej koszykówki. Ten przyszły sezon zostawiam im na docieranie się. Obstawiam, że Luke Walton może sporo eksperymentować ze składem, dając też minuty objawieniom Ligi Letniej – Kuzmie i Caruso. Magic już zapowiedział, że Clarkson nadal pozostanie szóstym graczem w rotacji i prognozuje, że ma szanse dostać statuetkę Sixth Man Of The Year. Na pewno podniosłoby to wartość rynkową Clarksona, którego mogą chcieć wymieniać po przyszłym sezonie. Trzeba jednak oddać, że pomimo, że w NBA występował dopiero trzeci rok z rzędu, to doskonale rozumie swoją rolę w zespole i nie gwiazdorzy. Brandon Ingram, jedyny nietykalny gracz Lakersów w tym offseason, wchodzący w swój drugi rok gry będzie tak samo jak Ball na celowniku mediów. Po udanej końcówce sezonu liczę, że w przyszłych rozgrywkach regularnych nabierze więcej atletyzmu i przestanie sprawiać wrażenia jakby się bał pojedynków z silniejszymi graczami. Julius Randle popracował tego lata nad swoją rzeźbą i być może będzie w stanie dzięki temu grać na lepszym poziomie w defensywie. Warunki fizyczne ma dobre, ale czasem wygląda na parkiecie jakby był tam za karę. Słowem, jest minimalna nadzieja, ale nie powinniśmy się łudzić, że Lakers z miejsca staną się kandydatami do pierwszej playoffowej ósemki.

Rob Pelinka na ostatniej konferencji przedstawił bardzo konkretne plany wobec swojej drużyny. Transfery i umowy, które miały miejsce tego lata służą jedynie jako grunt pod jednego lub dwóch All-Starów. W tegorocznym offseason mogli dodać Diona Waitersa albo George’a Hilla, ale nie byłoby to rozważnym posunięciem, jeśli celem są gwiazdy. Obaj gracze chcieli wieloletnich umów, a włodarze Lakers nie mieli zamiaru ładować kasy w duże kontrakty. Pamiętajmy, że niebawem na rynku wolnych agentów dostępni będą: Russell Westbrook, LeBron James, DeMarcus Cousins i Paul George. Ten ostatni był bliski założenia purpurowo-złotej koszulki już teraz, ale doskonały ruch Sama Prestiego sprawił, że George zostanie teraz partnerem Westbrooka w Oklahomie. Choć ponoć serce George’a nadal pozostaje w rodzinnej Kalifornii, nie możemy być pewni, że scenariusz, który media propagowały przez ostatnie trzy miesiące się sprawdzi. Jeśli nowy duet OKC dobrze się zgra i zespół będzie wygrywać, to nie widzę powodów, dla których PG13 miałby dołączać do Lakers. Russell Westbrook jest traktowany niczym bóstwo w Oklahomie i w dobie ostatnich wydarzeń z Kevinem Durantem w roli głównej, najpewniej też nie będzie zainteresowany dołączeniem do drużyny z Miasta Aniołów (a czy Lakers go w ogóle potrzebują mając Balla?). Wreszcie i James będzie dostępny. KCP i LeBron mają tego samego agenta, Richa Paula, który jeszcze niedawno chwalił Pelinkę i Johnsona za ich upór w robieniu rzeczy po swojemu i bez pośpiechu. Być może będzie namawiać King Jamesa na d0łączenie do Lakers (nie chcę nawet myśleć jak wówczas wyglądałaby konferencja wschodnia :)) w obliczu ostatnich wydarzeń w Cleveland, które można śmiało porównać do samo-zatapiającego się statku.

Jakby tak się na sucho zastanowić to Lakers już w przyszłym roku mogą mieć wszystko to, czego chcą – gwiazdę, która obudowywana jest młodymi graczami ze wsparciem weteranów. Nie chcę niczego prognozować, bo w tym momencie to jedynie wróżenie z fusów, ale na tym etapie można śmiało powiedzieć, że Rob Pelinka i Magic Johnson mają głowę na karku i pomysł na drużynę. Zwłaszcza, gdy odniesiemy to do poprzednich słabych lat Lakers, kiedy wielu uważało ich za pośmiewisko ligi. Trochę przypomina mi to model budowy rosteru Golden State Warriors. Najpierw dodawali graczy poprzez draft (Curry, Thompson, Green i Barnes), dołożyli weteranów (Igoudala, Livingston i Bogut), a następnie najlepszego gracza dostępnego na rynku wolnych agentów (Durant). Ja jestem dobrej myśli i cieszy mnie fakt, że ta drużyna z wielką historią ma szansę odbić się od dna, czego nie można powiedzieć chociażby o Chicago Bulls albo New York Knicks (choć ten klub być może też niebawem stanie na nogi po tym, jak Jax opuścił ten łez padół, który sam im zgotował). Wygląda na to, że kalifornijski statek płynie w dobrym kierunku.

Dzięki!

8 Komentarze

  1. Fajny art Marta 🙂 Mam nadzieję że konferencja wschodnia jednak Nas zaskoczy a z drugiej strony zespół LAL czyli główny bohater felietonu będzie rósł w siłę!

  2. Wow czy potrzebują rw0, jeśli mają Balla? A czy ktoś pamięta aby first pass pg był gwiazdą nr jeden w drużynie, która była blisko mistrzostwa? A kiedy wygrała?

  3. Jason Kidd, John Stockton. I obaj biali, choć Ball to trochę mieszaniec, jak Griffin

    1. J.Kidd tytuł z MAWS, gdzie był role playerem, a nie gwiazdą. Stocton – 20 lat temu, zero tytułów. Niezłe argumenty potwierdzające moją tezę, że z tej mąki chleba nie będzie.

      1. Pytałeś czy ktoś pamięta. Pamiętam I czy był blisko mistrzostwa. Był.

  4. Nawet jak plan nie wypali to przynajmniej jest jakaś spójna wizja. W końcówce Kupchaka był chaos. Btw najlepsze artykuły w tym portalu pisze Marta.

  5. Moim zdaniem rw0 nie jest potrzebny w LAL. Niech food młodzi ogrywają.
    @Thegodnr12 ikona LAL, łysy że zdjęcia udowodnił że first pass pg może wszytko w tej lidze. „Nie raz, nie dwa…” 😀
    Wiem wiem dobrych pomagierów miał.

  6. @Teddy, my też wiemy, że Marta pisze najlepiej i dlatego zabraniamy jej odchodzić od komputera.
    thegodnr12 ma rację, już kiedyś były analizy, że first pass nie zdobędzie miśka jako lider.
    Na razie budują zespół z głową, pytanie czy dadzą radę coś ugrać za rok, bo jak wiemy LAL nie mają tyle czasu na budowę superteamu jak inne zespoły.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *