Trash Talker: Earvin „Magic” Johnson – Współczesny Heros

Mateusz Połuszańczyk Felietony Strona Główna Trash Talker 10

Przez trzynaście lat spędzonych na parkietach najlepszej koszykarskiej ligi globu zachwycał nas fantastycznym przeglądem pola, rewelacyjną wizją gry, walką o każdą bezpańską piłkę, o każdy centymetr boiska. Charakteryzowały go świetne warunki fizyczne, ponadprzeciętne umiejętności, dzięki którym określenia takie jak efektowny czy wszechstronny stały się synonimem jego imienia i nazwiska. Gdy przyszło mu stawić czoła najgroźniejszemu rywalowi – ukrywającemu się pod postacią wirusa HIV – nie wymiękł ani na chwilę, dając doskonały przykład na to, że problemy nie do rozwiązania nie istnieją. Wielokrotnie używam w swoich tekstach słowa „bohater”, ale w tym przypadku mamy do czynienia z prawdziwym herosem. Mam zaszczyt przedstawić wam notkę biograficzną osoby nietuzinkowej. Przed państwem – Earvin „Magic” Johnson.

Koszmar minionego lata

Earvin Johnson Jr. przyszedł na świat 14 sierpnia 1959 roku w Lansing, w stanie Michigan, jako czwarte z siedmiorga potomstwa Earvina oraz Christine. Jego ojciec piastował wówczas funkcję na linii montażowej w firmie General Motors, zaś mama była szkolną woźną. Rodzice od najmłodszych lat twardą ręką wpajali mu etykę pracy. Christine każdego dnia, po powrocie do domu, spędzała wiele godzin na sprzątaniu ich kwatery oraz przygotowywaniu posiłków na następny dzień. Natomiast senior rodu nigdy nie opuścił ani jednego dnia w miejscu zatrudnienia, pomimo dodatkowego zajęcia, jakim był wywóz śmieci. Mały Earvin często pomagał tacie, aż w końcu spotkał się z docinkami dzieciaków z sąsiedztwa, które nazywały go „Garbage Man”.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek spóźnił się do pracy czy był na zwolnieniu lekarskim. Robił wszystko, o co go poproszono. Pracował tam przez trzydzieści lat i jest dumny z osiąganych wyników [„Magic” o ojcu].

Johnson pokochał koszykówkę jeszcze za małolata, a jego ulubionym zawodnikiem był Bill Russell, którego podziwiał bardziej za sportowe zdolności, niż za ilość zdobytych tytułów mistrzowskich. Oprócz Russella, wśród idoli Earvina juniora znajdowali się Earl „The Pearl” Monroe oraz Marques Haynes. Johnson teoretycznie nie rozstawał się z piłką do basketu ani na sekundę, bo w praktyce bywało różnie. Niemniej jednak pochodził ze sportowej rodziny. Jego ojciec występował dawniej w zespole licealnym Mississippi i to od niego nasz bohater pobierał pierwsze wskazówki, jak należy grać. Z kolei Christine uprawiała koszykówkę za szczenięcych czasów, gdy rywalizowała ze swoimi braćmi.

Kiedy Earvin ukończył ósmą klasę, na poważnie zaczął myśleć o koszykarskiej przyszłości. Pewnego razu rzucił 48 punktów w jednym meczu, całkowicie dominując rówieśników z drużyny przeciwnej. Johnson chciał reprezentować barwy szkoły średniej Sexton – placówki edukacyjnej, która posiadała bardzo mocny zespół i historię. Dodatkowy atut stanowił fakt, że liceum było położone zaledwie pięć przecznic od rodzinnego domu. Niestety, los napisał dla niego inny scenariusz i niedługo potem trafił do Everett High School. Głównym czynnikiem, który zadecydował o takim obrocie spraw, była wdrażana w życie ustawa o zapobieganiu segregacji rasowej. Jak to wspomina sam zainteresowany?

Byłem wściekły. Żaden czarny dzieciak nie chciał chodzić do „białej” szkoły. Może gdyby Everett miało znakomitą drużynę koszykówki lub chociaż przyzwoitą, mógłbym to jakoś ścierpieć, ale ich zespół był beznadziejny. Ci goście nie potrafili biegać, skakać i – co najgorsze – wygrywać.

Do tej samej szkoły uczęszczali brat i siostra „Magica” (Larry i Pearl). Dochodziło tam wobec nich do masy nieprzyjemnych incydentów na tle rasowym, zwłaszcza Larry odczuł to nieraz na własnej skórze, np. gdy obrzucano autobus przewożący czarną młodzież, albo wyrzucono Larry’ego ze szkolnej drużyny basketu za bójkę na treningu, kiedy ten został zwyzywany za kolor skóry. Po tym wydarzeniu, stanowczo odradzał Earvinowi plan występowania w zespole Everett. Nasz bohater nie posłuchał brata. Kilka dni po dołączeniu do ekipy, w trakcie wewnętrznego meczu drużyny, nowi koledzy – jeśli można ich tak nazwać – z zespołu ignorowali go na parkiecie, traktowali jak powietrze. „Magic” ani razu nie otrzymał podania i przelała się czara goryczy. Johnson wdał się potyczkę na pięści z jednym z graczy, zanim szkoleniowiec licealnej drużyny – George Fox – zdążył zainterweniować. Ostatecznie, Earvin pogodził się z takim stanem rzeczy, ale pod żadnym pozorem nie zamierzał go zaakceptować. Wkrótce został liderem czarnoskórej społeczności i – z całych sił, uporczywie – ubiegał się o jej prawa.

Wreszcie, po kilku rozmowach wychowawczych, George Fox dotarł do Johnsona, a ten znalazł wspólny język z drużyną. Nierozerwalną nić porozumienia uwił szczególnie z Randym Shumwayem, dzięki któremu pozostali zawodnicy również nabrali przekonania do osoby Earvina. Gdy miał piętnaście lat, lokalna prasa ze stanu Michigan nadała mu przydomek „Magic”. Wszystko za sprawą kapitalnego występu przeciwko Jackson Parkside, w którym zanotował nad wyraz skromne triple-double: 36 punktów, 18 zbiórek oraz 16 asyst.

Podczas ostatniego sezonu licealnego w trykocie Everett Vikings, Johnson poprowadził ekipę do bilansu 27 zwycięstw i 1 porażki, poza tym kręcił statystyki na poziomie: 28.8 punktu oraz 16.8 zbiórki na mecz. Wikingowie sięgnęli po mistrzostwo stanowe, zaś Earvin zadedykował ten sukces swojemu najlepszemu przyjacielowi – Reggiemu Chastine – który zginął w wypadku samochodowym minionego lata. Zawdzięczał mu własny rozwój koszykarski oraz wpływ na postęp w stawaniu się coraz lepszym człowiekiem. Johnson i Reggie prawie zawsze trzymali się razem, grali wspólnie w kosza, czy też wozili się autem Chastine’a. Jeździli głównie do Jackson, gdzie mieszkały ich dziewczyny.

Przed jednym z zaplanowanych wyjazdów do Jackson coś mi wypadło i ostatecznie on pojechał sam. Obiecał, że się odezwie, jak dotrze na miejsce. Gdy nie dzwonił, wiedziałem że stało się coś złego. Następnego poranka zatelefonował do mnie jego młodszy brat. Powiedział, że pijany kierowca nie zatrzymał się przed znakiem stopu i uderzył w samochód Reggiego.

Rozpacz po stracie kamrata była nie do zniesienia, ale życie trwa nadal. „Magic” doczekał się dwóch wyborów do pierwszych piątek All-State, uważano go za najlepszego gracza szkół średnich, który wywodził się ze stanu Michigan. Ponadto w 1977 roku wziął udział w meczu McDonald’s All-American, zrzeszającym topowych zawodników licealnych w kraju. Grubo ponad sto uniwersytetów zabiegało o jego usługi. Ba, nawet Bobby Knight – legendarny trener zespołu akademickiego Indiany – starał się przekonać Earvina do występów na Indiana University, lecz z marnym skutkiem. Nasz bohater najbardziej brał pod uwagę uczelnie takie jak: UCLA, Maryland, North Carolina czy Notre Dame, jednak palma pierwszeństwa należała do Michigan State. W to mi graj – podejrzewam, że taka myśl przemknęła „Magicowi”, bowiem porównywał wyglądający porządnie na papierze zespół Spartans z drużyną Vikings:

To właśnie wydarzyło się w Everett, gdzie sięgnęliśmy po tytuł, choć nikt nie traktował nas serio. Wiedziałem, że czeka nas wielkie wyzwanie, ale Michigan State nie był tak słabym zespołem jak Everett. Co prawda, Jud Heathcote swój pierwszy sezon na stanowisku głównego szkoleniowca zakończył z dość marnym bilansem 10-17, ale większość porażek to była kwestia pięciu lub mniej punktów.

Poznaj moich Spartan

Tak, dobrze zauważyliście – lecę dzisiaj trochę tytułami obrazów filmowych, ale czy życie „Magica” nie przypomina świetnego scenariusza? A i owszem! Pierwotnie Johnson nie aspirował do uprawiania basketu na gruncie zawodowym, koncentrując się na uzyskaniu dyplomu z dziedziny komunikacji społecznej i dziennikarstwa, ponieważ pragnął zostać w przyszłości komentatorem sportowym, więc mamy/mieliśmy chociaż jedno wspólne marzenie.

O nowej sile drużyny uczelnianej Michigan State Spartans mieli stanowić Greg Kelser, Jay Vincent oraz Mike Brkovich, którzy u boku Johnsona mierzyli w najważniejsze trofeum uniwersyteckiej koszykówki – mistrzostwo NCAA. Premierowy sezon Spartanie zakończyli legitymując się rekordem 25 wygranych i 5 niepowodzeń, zaś Earvin zaliczał następujące średnie: 17 punktów, 7.9 zbiórki oraz 7.4 asysty na mecz. Poza tym sięgnęli po tytuł czempionów konferencji Big Ten, kwalifikując się do drabinki turnieju głównego NCAA, gdzie najpierw odprawili z kwitkiem Providence (77-63) i Western Kentucky (90-69), by ostatecznie minimalnie ulec ekipie późniejszych mistrzów, czyli Kentucky Wildcats (52-49).

W kolejnym sezonie Spartans mogli się pochwalić bilansem 26 triumfów przy 6 porażkach, ponownie awansowali do NCAA Tournament, lecz tym razem ich marsz okazał się zwycięski. Drużyna Michigan State pokonywała odpowiednio zespoły uniwersyteckie: Lamar (95-64), LSU (87-71), Notre Dame (80-68) oraz Penn (101-67). W finale rozgrywek uczelnianych czekała na nich ekipa Indiana State, w której pierwsze skrzypce grał niejaki Larry Bird, zwany też „Latającym blondynem z West Baden”. „Magic” i spółka uporali się z drużyną Indiany i po raz pierwszy w historii uniwersytetu zdobyli mistrzostwo NCAA. Earvin „Magic” Johnson został uhonorowany nagrodą dla najlepszego zawodnika Final Four (Most Outstanding Player). Zresztą, nie bez przyczyny te wyróżnienie trafiło w ręce „Magica”. Nasz bohater rzucił 24 punkty, miał 7 zbiórek oraz zanotował 5 asyst i wykonał bardzo dobrą robotę kryjąc indywidualnie Birda, którego ograniczył do 19 oczek (7/21 celnych prób z gry). Wraz z wybrzmieniem syreny końcowej Spartanie nie posiadali się ze szczęścia, natomiast Larry płakał. Earvin podszedł do gwiazdora Sycamores i poklepał go po ramieniu, dodając mu otuchy.

Wiedziałem, że gdyby coś poszło nie tak, to byłbym na jego miejscu. Też przeżywam porażki w ten sposób. Gdy dołączałem do reszty zespołu, żeby celebrować zwycięstwo, dotarło do mnie, że to nie koniec tej historii. Czułem, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

To był początek zaciętej rywalizacji, początek przyjaźni obu panów, która trwa do dnia dzisiejszego, ale do tego zdążymy dojść. Wkrótce po finale wspaniały rozgrywający Michigan State postanowił, że weźmie udział w nadchodzącym naborze do naszej ukochanej ligi. Earvin „Magic” Johnson został wybrany z pierwszym numerem pierwszej rundy draftu NBA w 1979 roku przez Los Angeles Lakers.

Showtime

Johnson twierdził, że najbardziej niesamowitym w dołączeniu do drużyny Los Angeles Lakers była opcja dzielenia szatni z człowiekiem, który do dziś zajmuje pierwsze miejsce na liście najlepiej punktujących zawodników w historii NBA, mierzącym 218 centymetrów wzrostu Kareemem Abdulem-Jabbarem. Pomimo niekwestionowanej dominacji legendarnego podkoszowego Jeziorowców, nigdy przedtem nie zdobył on mistrzostwa ligi w koszulce ekipy z Los Angeles. Dlatego też wiązał olbrzymie nadzieje z przyjściem „Magica”. Mając w składzie Johnsona, Abdula-Jabbara czy świetnego Norma Nixona, Jack McKinney – trener drużyny – mógł poważnie myśleć o szansach Lakersów na sukces. To właśnie McKinney wpadł na ultra-ofensywne nastawienie Jeziorowców, określane później jako „Showtime”. Poprowadził ich wtedy w zaledwie trzynastu meczach rozgrywek zasadniczych (bilans 9-4), gdyż potem uległ wypadkowi na tyle poważnemu, że nie mógł dyrygować własnymi podopiecznymi. Purpurowo-złotą brygadę przejął Paul Westhead i – stosując metody oraz wskazówki McKinneya – doprowadził Lakers do mistrzostwa NBA. Zanim jednak do tego doszło, Earvin wyważył drzwi do wielkiej koszykówki spotkaniem przeciwko San Diego Clippers, w którym zapisał na swoim koncie imponującą linijkę: 26 punktów, 8 zbiórek, 4 asysty i 4 bloki.

Kampanię zasadniczą 1979/80 Los Angeles Lakers zakończyli na pierwszym miejscu konferencji wschodniej (bilans 60-22), zaś Earvin „Magic” Johnson notował statystyki na poziomie: 18 punktów, 7.7 zbiórki, 7.3 asysty oraz 2.4 przechwytu na mecz. W głosowaniu na debiutanta roku musiał uznać wyższość starego znajomego – Larry’ego Birda. Play-offy nie stanowiły dla Jeziorowców większego problemu. Pokonali w nich Phoenix Suns (4-1) i Seattle Supersonics (4-1), by w finałach NBA spotkać się z Philadelphią 76ers.

Choć seria rozstrzygnęła się w sześciu potyczkach na korzyść Los Angeles, przyniosła naprawdę niewiarygodne emocje. W pierwszym meczu Kareem Abdul-Jabbar rzucił 33 oczka, zebrał 14 piłek, zaliczył 6 bloków oraz 5 asyst. Norm Nixon dołożył 23 punkty, Jamaal Wilkes zgromadził ich 20, natomiast „Magic” sieknął triple-double (16pkt, 11zb, 10ast), aż miło było patrzeć. Dodatkowo drużyna Lakers wykonała kapitalną pracę w defensywie, co rusz podwajając Juliusa Ervinga. Drugie starcie to następny popis Abdula-Jabbara, ale tym razem 38 punktów na nic się zdało i wygrana padła łupem Szóstek. Kareem kontynuował rewelacyjną grę w trzecim spotkaniu, osiągając double-double, składające się z 33 oczek i 14 zbiórek (triumf Jeziorowców). Czwarty pojedynek minimalnie zwyciężyła drużyna z Filadelfii. Jak się potem okazało, była to ich ostatnia wygrana w rywalizacji. Triumfy w meczach numer 5 i 6 powędrowały na konto Lakers i to im przypadło mistrzostwo NBA. Eksperci długo zastanawiali się, kto zostanie nagrodzony statuetką MVP, lecz Game6 rozwiało wszelkie wątpliwości. Earvin „Magic” Johnson! Nasz bohater zdobył w tym starciu 42 punkty (14/23 FG, 14/14 FT), miał 15 zbiórek, rozdał 7 asyst, a także zanotował 3 przechwyty. Brawa, panie Johnson, wielkie brawa!

W latach 1980-83 „Magic” przeżywał wzloty i upadki. Najbardziej dotkliwym była kontuzja lewego kolana w 1980 roku. W następnych rozgrywkach znowu brylował na parkiecie, prowadząc LA do tytułu mistrzowskiego, jak również drugiej nagrody dla najlepszego gracza finałów ligi. NBA Finals 1983 to z kolei sromotny sweep podarowany Jeziorowcom przez Philadelphię 76ers. Lata 1984-87 były podszyte fascynującą rywalizacją Larry’ego Birda z „Magikiem”. Bird i Johnson trzykrotnie spotkali się ze sobą podczas finałów. Dwa razy lepszy okazał się Earvin, ale tak zupełnie serio batalie pomiędzy Los Angeles Lakers i Boston Celtics to kwintesencja współzawodnictwa lat osiemdziesiątych. Mówiło się, że Bird nie lubi Johnsona, a Johnson odwzajemnia mu tym samym. Innego zdania jest Earvin:

Michael Jordan robił niesamowite rzeczy, jakich nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Nie ma drugiego takiego jak on. To jednak Larry był jedynym zawodnikiem, którego kiedykolwiek się obawiałem. Najbardziej podziwiam w nim to, że osiągnął sukces pomimo braku naturalnych zdolności w niektórych aspektach. Moja fizyczność również posiadała ograniczenia, lecz ja byłem przy nim niczym latający bracia Wallenda. Biali nie potrafią skakać? On był żywym dowodem potwierdzającym tę tezę. Niektórzy biali nie są również szybcy, od Birda wielu biegało szybciej, a mimo to przegrywało w starciu na parkiecie. Pewnie dlatego, że on potrafił fantastycznie czytać grę, przewidywał ruchy przeciwnika i wiedział jak się ustawiać.

Mało wam dowodów szacunku i przyjaźni pomiędzy tymi genialnymi sportowcami? Po finałach NBA w 1984 roku firma Converse – która sponsorowała obu zawodników – złożyła propozycję nakręcenia reklamy telewizyjnej w rodzinnych stronach Birda. Po ukończeniu zdjęć Larry zaprosił Johnsona na obiad do domu swojej mamy.

Wyściskała mnie w progu i chyba tym mnie kupiła. Potem zasiedliśmy z Larrym do stołu i szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Obaj pochodzimy ze Środkowego Zachodu i obaj dorastaliśmy w biedzie. Rodzina i koszykówka są dla nas najważniejsze. Wtedy całkowicie zmieniłem swoje zdanie na temat Larry’ego Birda.

Do 1991 roku „Magic” sięgnął łącznie po pięć tytułów mistrzowskich (trzy statuetki MVP finałów NBA), trzykrotnie wybierano go najbardziej wartościowym graczem sezonu regularnego i dwanaście razy nominowano do All-Star Game.  Wspaniałą karierę koszykarską Earvina przerwała wiadomość o chorobie. Informacja, która zszokowała cały świat. Nasz bohater przed kampanią 1991/92 dowiedział się o pozytywnym wyniku testu na obecność wirusa HIV. Nie wahał się ani przez moment i na zwołanej 7 listopada 1991 roku konferencji prasowej obwieścił ludziom prawdę:

Dzień dobry. Z tego powodu, że jestem nosicielem wirusa HIV, muszę dziś odejść z Lakersów. W pierwszej kolejności chcę wyjaśnić, że nie mam AIDS. Wiem, że wielu z was to interesuje. Mam HIV, a moja żona jest zdrowa. Mam zamiar żyć jeszcze przez wiele lat i wkurzać was tak jak to robiłem do tej pory. Będę się tu kręcił. Chcę wciąż być częścią Lakersów i ligi. Teraz będę mógł się cieszyć innymi aspektami życia, na które nie miałem czasu. Będę również opowiadał o wirusie HIV. Chcę uświadamiać młodych ludzi, że mogą uprawiać bezpieczny seks. Czasami człowiek jest bardzo naiwny i myśli, że pewne rzeczy mogą się przytrafić innym, ale nie jemu. Jednak stało się i muszę z tym żyć. Życie toczy się dalej, a ja mam zamiar być szczęśliwym człowiekiem. Czasem wydaje nam się, że takie coś może się przytrafić tylko homoseksualistom. Ja jestem jednak dowodem na to, że może to spotkać każdego. Nawet Magica Johnsona.

Według doniesień Earvin „Magic” Johnson miewał haremy pełne kobiet, co często potwierdzał w późniejszych wywiadach. Mówił otwarcie o własnej aktywności seksualnej, ponieważ był przekonany, że ludzi powinni wiedzieć, iż heteroseksualiści również ponoszą ryzyko zainfekowania. W tamtych czasach odnotowywano tylko mały odsetek zachorowań na HIV wśród heteryków, stąd pojawiła się masa plotek jakoby Johnson miał skłonności homoseksualne bądź biseksualne, czemu sam zainteresowany kategorycznie zaprzeczał. Rzekomo jednym z rozsiewających tego typu wierutne bzdury był Isiah Thomas, który oczywiście wszystkiego się wyparł. Choroba „Magica” wywołała ogrom komentarzy w USA. A to że odważny, a to że naiwny, a to że waleczny, a to że ma za swoje. Moim zdaniem gość pokazał, iż jest obdarzony twardym charakterem. Pragnął przekazać, że ludzie cierpiący na tą przypadłość nie są zarazą i każdy z nas może stać się łatwym celem wirusa HIV. Wytyczył szlak tym, którzy na co dzień zmagają się z chorobą. Zgódźcie się ze mną lub spalcie mnie na stosie, ale Earvin „Magic” Johnson jest herosem. George W. Bush, były prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, powiedział o nim:

Magic to bohater. Nie tylko dla mnie, lecz dla każdego, kto kocha sport.

Z czego ja zapamiętam Johnsona? Z tego, że został wybrany MVP Meczu Gwiazd NBA w 1992 roku…

…występował na pozycji środkowego w finałach NBA w 1980…

…z fenomenalnych popisów podczas wszystkich spotkań w All-Star Game…

…bajecznych asyst w trakcie swojej kariery…

…oraz „Showtime”, bo przedstawienie musi trwać:

Magic kontra Obama

W 2010 roku w Waszyngtonie miała miejsce wizyta drużyny Los Angeles Lakers – ówczesnych mistrzów NBA – u prezydenta Baracka Obamy. Na spotkaniu był obecny również Earvin „Magic” Johnson, któremu głowa państwa postanowiła dogryźć, wspominając spektakularny layup Michaela Jordana przekładającego w powietrzu piłkę z prawej dłoni do lewej w finałach ligi, gdy Chicago Bulls pokonali Los Angeles Lakers 4-1:

Pragnę zwrócić uwagę, że sześć takich pierścieni zdobyli swego czasu Chicago Bulls. Pamiętasz to, Magic?

Reakcja ikony Lakers mówi sama za siebie:

To jedyny człowiek w dziejach tej planety, który spróbował na mnie trash-talkingu, a ja? Ja nie odezwałem się ani jednym słowem. Milczałem jak grób. To była wspaniała chwila.

Trafiłeś pan w dychę, panie Johnson. Ignorowanie czasami jest lepsze od kłapania jadaczką.

Trash-talking przeciwko „Jego Powietrzności”

Podczas treningowego meczu pokazowego przed Igrzyskami Olimpiskimi w Barcelonie w 1992 roku, kiedy mogliśmy obserwować w akcji legendarny Dream Team, Johnson po raz pierwszy i ostatni postanowił dołożyć słownie do pieca Michaelowi Jordanowi:

Powiedziałem mu, że jeśli natychmiast nie przeobrazi się w Air Jodana, mój skład zmiażdży jego zespół na parkiecie. To był mój błąd. Zaczął trafiać, najpierw kilka trójek pod rząd, następnie wziął mnie na celownik i stosował najpiękniejsze rzuty z całej historii NBA, wliczając swój leworęczny up-and-under layup oraz znak firmowy Juliusa „Dr. J” Ervinga. Pobiegł z prawej strony, wyskoczył i trzymał piłkę. David Robinson wzbił się w powietrze razem z nim, a Michael zawisł tam, jakby chciał powiedzieć: „Okej, posiedzę trochę tu na górze, bo wiem, że David zaraz spadnie”. Po czym – ruszając językiem – wykonał obrót 360 stopni i zapakował piłkę do kosza. Zrobił to na treningu. Michael Jordan jest niesamowity i nigdy nie będzie drugiego takiego.

Drugiego takiego jak „Magic” też już nie będzie. Tym bardziej rad jestem, że mogę pisać o koszykarzach jego pokroju. Drodzy czytelnicy, kto ma zostać bohaterem następnego „Trash Talkera”? Ron Artest czy Gilbert Arenas? Na wasze głosy w komentarzach czekam do czwartku wieczorem. Pozdrawiam!

10 Komentarze

  1. Dla mnie najlepszy. A pokój jest najważniejszy. Tym bardziej światowy.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Trudno się nie zgodzić, uwzględniając Artesta z jego pogodną naturą oraz miłością do świata. 😀

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Głos zaliczony. 🙂

  2. To może teraz jednak Bird?

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Larry Legend już był obecny w Trash Talkerze:

      http://nbalabs.pl/trash-talker-larry-bird-33-sceny-zycia/

      Pozdrawiam! 🙂

  3. Długo kazałeś czekać z kolejnym artykułem, ale było warto. Następny Arenas.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dzięki! Czasem lepiej poczekać, niż zniesmaczyć czytelnika tekstem pisanym na kolanie. 😉

  4. Arenasa poproszę

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Zaczyna się zarysowywać przewaga Arenasa, już 3-1. 🙂

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *