Trash Talker: Gregg Popovich – Trenerski As Wywiadu

Mateusz Połuszańczyk Felietony Strona Główna Trash Talker 13

Język ostry jak brzytwa, poczucie humoru wyróżniające się grobowym wyrazem twarzy, odwzajemniona miłość do koszykówki, zmysł strategii godny największych przywódców. Szyk, styl, klasa oraz słabość do wina. Właśnie te cechy doskonale charakteryzują naszego dzisiejszego bohatera. Zwany wśród zawodników „Sierżantem”, zaś w środowisku dziennikarskim „postrachem reporterów” – oczywiście w pozytywnym tych słów znaczeniu. Sensei basketu, trenerski guru. Drodzy odbiorcy, mam przyjemność gościć w swoich wersach jednego z najlepszych szkoleniowców w dziejach NBA, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak wydać komendę: Żołnierze, baczność! Gregg Popovich.

As Wywiadu

Gregg Charles Popovich przyszedł na świat 28 stycznia 1949 roku we Wschodnim Chicago, w stanie Indiana. Jego ojciec jest z pochodzenia Serbem, matka Chorwatką. Mały Gregg pobierał naukę w szkole podstawowej w Merrillville, gdzie po raz pierwszy zetknął się z koszykówką. W 1960 roku był członkiem składu Gary Biddy Basketball All-Star Team, który zajął trzecie miejsce podczas Światowego Czempionatu dzieciaków, odbywającego się w miejscowości Gary (hrabstwo Lake). Chłopak nie miał problemów z edukacją, więc tuż po ukończeniu podstawówki, dostał się do miejscowego liceum w Merillville, którego absolwentem został w 1966 roku. Dalszym kierunkiem kształcenia Popovicha były studia na Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Naturalnie, wiązało się to również z basketem. Wprawdzie Popovich nie był postacią szczególnie wyróżniającą się na tle pozostałych wojskowych adeptów, jeśli idzie o talent, ale nawet to nie stanowiło przeszkody, by zdobyć tytuł najlepszego strzelca drużyny w trakcie ostatniego sezonu i – że się tak wyrażę – rangę kapitana zespołu koszykówki. Wszystko zawdzięcza raczej uporowi, determinacji oraz nabytej umiejętności motywowania kolegów i na parkiecie, i poza nim. Oprócz rozwoju sportowego, Gregg mnóstwo czasu spędzał na nauce. Jego drugim boiskiem była biblioteka, w której godzinami wertował stronice ksiąg, a jako że kochał wiedzę i potrafił chłonąć ją jak gąbka wodę, o oceny nie musiał się martwić. Studia ukończył w 1970 roku, zdobywając przy okazji licencjat z sowietologii.

Po uzyskaniu dyplomu wcielono go do lotnictwa, w którym odsłużył pięć lat. Nie miał zamiaru zapominać o koszykówce, bowiem reprezentował wówczas barwy zespołu sił powietrznych Stanów Zjednoczonych Ameryki, z którym wywalczył mistrzostwo AAU (Amateur Athletic Union). Ba, był nawet brany pod uwagę przy ustalaniu składu na Igrzyska Olimpijskie w Monachium 1972, jednak ostatecznie musiał obejść się smakiem. Rok później objął funkcję asystenta trenera na University of Denver. W międzyczasie wysłano go do Europy Wschodniej, na tereny Związku Radzieckiego, gdzie przebywał wraz z dywizjonem armii USA. Jego inteligencja, znajomość sowieckich realiów oraz korzenie, sięgające tamtych obszarów, nie umknęły uwadze amerykańskich służb wywiadowczych. W skrócie – CIA poddała Popa szkoleniu i zatrudniła jako agenta. W Stanach jest stary, dobry James Bond, a w Polsce mamy program rozrywkowy pt. „Agent Gwiazdy” (tak, zdarza mi się włączyć telewizor – sukces!). Cóż począć? Jaki kraj, taki agent. Nie umniejszając zasług Ryszardowi Kuklińskiemu czy Marianowi Zacharskiemu. Ale przede wszystkim, w pierwszej kolejności poza kolejnością, agentem numer jeden w sercach kibiców basketu zawsze będzie Gregg Popovich. Bo nasz, spod znaku NBA. Ciekawostka – swego czasu Pop zajmował się przemytem broni przez granicę pomiędzy Syrią a Irakiem. Poniżej przedstawiamy zdjęcie Gregga z lat studenckich.

W trakcie sześciu lat spędzonych na stanowisku asystenta trenera drużyny akademickiej w Denver, Gregg Popovich uzyskał magisterium z wychowania fizycznego. W 1979 roku przyjął ofertę objęcia posady głównego szkoleniowca zespołu uniwersyteckiego Pomona-Pitzer Sagehens.

Być jak Bobby Knight

Pomona i Pitzer były szkołami w Południowej Kalifornii, stawiającymi raczej na rozwój artystyczny, aniżeli sportowy. Hala do gry w koszykówkę wyglądała jak ruina trwale zakonserwowana, zawodnicy przypominali niedożywionych, potrzebujących natychmiastowej aplikacji hormonu wzrostu, nie mówiąc już o jakimkolwiek potencjale uśpionym głęboko w tych chłopakach. Popovich często nie mógł skompletować ekipy, która wykonałaby gierkę treningową 5 na 5. Niektórzy młodzieńcy w ogóle odpuszczali zajęcia z Popem, ponieważ wiązali przyszłość z naukami ścisłymi i woleli być obecni na wykładach.

Doskonałym przykładem tego, że Greggowi nie straszna żadna przeszkoda był mecz przeciwko drużynie uniwerku Redlands, w którym trener postanowił prowadzić poczynania ofensywne czterema zawodnikami. Wyobrażacie sobie? Czterech na pięciu, jeden zostaje w okolicach połowy boiska. Szaleństwo! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Gdy gracze Redlands zapominali o kryciu piątego, ten prędko przesuwał się na czyste pozycje i od czasu do czasu udawało mu się znaleźć drogę do kosza. Koniec końców – Sagehens przerżnęli to spotkanie. Po latach jeden z podopiecznych Popovicha wypowiadał się w następującym tonie:

Wyciągał króliki z kapelusza. Był jak magik, który próbuje znaleźć jakikolwiek sposób, żeby poprawić naszą grę. W naszym zespole mieliśmy czterech, może pięciu chłopaków, którzy grali w pierwszych piątkach w szkole średniej. Większość drużyny nie była nawet na tyle dobra. Poppo naprawdę przejmował się naszymi porażkami. Wcześniej byliśmy gromieni i nic nie było zmieniane. Nikt nie krzyczał. Nikt nie był karany, ani wskazywany jako winny. Wygrywanie czy przegrywanie tak naprawdę nie miało znaczenia. Teraz nagle zaczęło mieć.

Premierowy sezon pod dowództwem Popovicha był – łagodnie rzecz ujmując – kiepski. Dwa zwycięstwa i aż dwadzieścia dwie porażki. Wtedy oczom Gregga ukazała się genialna wizja basketu na Pomonie – rekrutacja graczy ze szkół średnich. Wcześniej nikt na to nie wpadł. Inna sprawa, że niecny plan Popa nie wypalił w stu procentach. Niewielu chłopaków decydowało się na występy dla słabego zespołu z trzeciej dywizji NCAA, który na domiar złego nie fundował stypendiów. Popovich wydzwaniał do wybrańców, pisał listy, nieraz odwiedzał ich osobiście. Dowiadywał się o nich wszystkiego, co było w zasięgu wiedzy. Prawił o pięknym kampusie uczelni, zachęcał możliwościami poszerzania horyzontów naukowych, albo po prostu szansami na regularną grę.

Miał obsesję na punkcie procesu rekrutacji, ale przejście go było bardzo ważne. Ta dokładność przy całym procesie. Wiadomo było, że to straszne i nieefektywne gdy to robiłeś, aczkolwiek żeby wyglądało poprawnie, trzeba było być dokładnym.

Tak mówił na temat rekrutacji ówczesny asystent Popa, aktualnie główny trener Sagehens – Charles Katsiaficas. W drugiej kampanii liczba zwycięstw Pomona-Pitzer wyniosła dziesięć, zaś w następnym roku Sagehens osiągnęli 50% ligowych wygranych. Gregg krzyczał, przeszywał podopiecznych mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, grzeszył wulgarnością, łamał tablice do rozrysowywania akcji, jednak najbardziej nienawidził bolączki, z jaką zmagali się jego zawodnicy. Mianowicie rzutów wolnych. Pewnego razu zarządził trening. Zasłonił okna hali i kazał ustawić się swoim graczom w kolejce. System był prosty. Jeżeli trafisz, to idziesz na koniec kolejki i czekasz na następną próbę. Gdy spudłujesz, musisz się pozbyć wyznaczonej przez Popa części garderoby. Bywali tacy, co zostawali w samej bieliźnie. We współczesnym świecie oskarżono by go o molestowanie czy inne tego typu sprawy. W każdym razie ten sposób też nie przyniósł efektów. Skuteczność osobistych nadal pozostawiała wiele do życzenia. Dawny koszykarz Popovicha – Dan Dragan – stwierdził, że rygorystyczne metody treningowe Popa były spowodowane pragnieniem. Jakim?

On pragnął być jak Bobby Knight. Wtedy każdy chciał być Bobbym Knightem.

Podczas rozgrywek 1985/86 Sagehens pod batutą Gregga Popovicha zdobyli pierwsze mistrzostwo konferencji od sześćdziesięciu ośmiu lat. Sezon 1986/87 Pop spędził u boku Larry’ego Browna na University of Kansas, gdzie odgrywał rolę asystenta trenera i wolontariusza Jayhawks. Później jeszcze przez rok zajmował się ekipą Pomona-Pitzer, aż w 1988 roku Browna zatrudniono na stanowisku głównego trenera San Antonio Spurs. Legendarny szkoleniowiec Kansas Jayhawks nie miał wątpliwości, kogo obsadzić jako swojego asystenta. Tego zaszczytu dostąpił Gregg Popovich.

20 lat minęło jak piękny sen

Za kadencji trenera Browna, San Antonio Spurs byli ekipą, która zwykle meldowała się w playoffach, kończąc sezon już po pierwszej rundzie fazy pucharowej. Red McCombs, ówczesny właściciel drużyny, wymagał od sztabu szkoleniowego znacznie więcej. Larry Brown i jego współpracownicy w końcu nadużyli cierpliwości McCombsa, po czym wszyscy zostali zwolnieni. Gregg Popovich objął wtedy posadę asystenta trenera Dona Nelsona w Golden State Warriors i zabawił tam przez dwa następne lata. W 1994 roku powrócił do Teksasu, gdzie mianowano go menadżerem generalnym oraz wiceprezydentem ds. operacji koszykarskich. Pop niemal z punktu rozpoczął działania, mające na celu poprawienie pozycji SAS. Ściągnął Avery’ego Johnsona, Doca Riversa i Monty’ego Williamsa. Dokonał wymiany Dennisa Rodmana za Willa Perdue. W 1996 roku podjął decyzję o usunięciu ze stanowiska trenera Boba Hilla i jako jego następcę wyznaczył… Samego siebie! To posunięcie wywołało olbrzymią medialną burzę wokół osoby Popovicha. Rok później Spurs wybrali z pierwszym numerem draftu Tima Duncana, co zapoczątkowało erę Twin Towers w San Antonio. Bo należy pamiętać o Davidzie „Admirale” Robinsonie. Tuż po zdobyciu Larry O’Brien NBA Championship Trophy w 1999, wybrał z 57 numerem draftu Manu Ginobiliego, a w 2001 z 28 numerem Tony’ego Parkera.

Od 1998 roku aż po dziś dzień Ostrogi pod wodzą Gregga Popovicha nieprzerwanie są uczestnikami fazy play-off i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w bieżących rozgrywkach nie będzie inaczej. Przez dwadzieścia lat rokrocznie jesteśmy świadkami ich zmagań w postseason. Sześciokrotnie dotarli aż do Finałów NBA, zdobywając mistrzowskie pierścienie w latach 1999, 2003, 2005, 2007, 2014. Tylko raz musieli uznać wyższość Miami Heat podczas NBA Finals 2013, gdzie przegrali serię po zażartej, siedmiomeczowej batalii. Szacunek, panie Popovich! Szacunek, San Antonio Spurs! W mojej skromnej opinii zespół z Teksasu jest najlepszym zespołem ostatnich dwudziestu sezonów i będę się tego zdania trzymał. Kto jest zazdrosny, niechaj pierwszy rzuci kamieniem, tudzież cegłą.

Wino, Boris Diaw i śmiech

Pasja do wina ukształtowała się w Greggu Popovichu jeszcze w latach siedemdziesiątych, gdy był wojskowym. Często i gęsto gościł w kalifornijskiej Napa Valley, słynącej do dziś z winnic, których wyrobami zachwyca się cały świat. Pop spędzał tam mnóstwo czasu wraz z przyjaciółmi, degustując niezmierzone ilości tego zacnego trunku. Zamiłowanie Gregga potwierdzone jest faktem, że nawet zapisał się na kursy z winoznawstwa, dzięki czemu w jego kubkach smakowych rozwinęło się poczucie estetyki i swego rodzaju wyrafinowanie. Popovich jest prawdziwym fachowcem, jeśli chodzi o tematykę napoju bogów. W domowej piwniczce skolekcjonował aż trzy tysiące butelek różnych gatunków win. Na dodatek może śmiało poszczycić się oregońską firmą „A to Z Wineworks”, produkującą wina, której zresztą jest współwłaścicielem. Pop bez dwóch zdań ma olbrzymi problem z alkoholem, ale nie taki, o jakim myślicie. Ma właściwie dwa problemy. Pierwszy – po odejściu z zespołu Borisa Diawa nikt nie chce z nim pić…

Gdy zabrakło Diawa w drużynie, nasze obiady stały się dużo nudniejsze. Był jednym z nielicznych, którzy pili ze mną alkohol. Wszystkich moich graczy próbowałem namówić na wino, Boris był łatwym celem. Wcale się nie opierał.

…po drugie – Poppo nienawidzi niedzielnych starć, odbywających się wczesną porą:

Nawet nie napiłem się wina wczorajszego wieczora, ponieważ dziś rozgrywaliśmy mecz popołudniem. To najgorszy wymiar kary, najbardziej fatalna część meczów popołudniowych.

Tak więc, jeżeli którejś niedzieli pomyślicie sobie: „Super, dziś mecze wcześniej. Można obejrzeć”, to miejcie na uwadze przez jakie piekło musi przechodzić Gregg Popovich. Okażcie odrobinę współczucia, przygarnijcie „kropka”.

Salah „The Best Trash Talker Ever” Mejri

Któż nie kojarzy rosłego zawodnika Dallas Mavericks? W 2016 roku tunezyjski debiutant postanowił dać upust emocjom. Normalne? Niezbyt. Druga kwarta, Ostrogi posiadają przewagę ponad dwudziestu oczek, a środkowy Mavs zachowuje się, jakby rozgrywał zawody życia. Po zapakowaniu piłki z góry, zaczyna rzucać epitetami w kierunku Popovicha, robiąc groźną minę do słabiutkiej gry. Reakcja trenera? Bezcenna. Gregg wybucha śmiechem, patrzy na równie rozbawionego Tima Duncana, pytając żartobliwie:

Co ja takiego zrobiłem?

Po zakończeniu spotkania dziennikarze chcieli dowiedzieć się od Popovicha, co powiedział do niego Tunezyjczyk, a trener Spurs odparł w ten sposób:

Nie mam zielonego pojęcia, ale to było całkiem zabawne.

Tak, trzeba przyznać, że Mejri jest najlepszym trash-talkerem w annałach koszykówki. Jeszcze mógłbym zrozumieć, jakby mecz był na styku, albo walka toczyła się w NBA Finals Game7, lecz taka reakcja, przy dwudziestopunktowej stracie, zakrawa na satyrę. Brawo, Mejri! Nie ma co. Zobaczcie sami:

Steve’a Kerra z Popem rozmowy

Steve Kerr dwa ze swoich pięciu mistrzowskich tytułów NBA jako zawodnik zdobył z San Antonio Spurs, będąc pod skrzydłami Gregga Popovicha. Nie jest tajemnicą, że panowie na co dzień są przyjaciółmi, często prowadzą dyskusje poza parkietem i zawsze odnoszą się do siebie z wzajemnym szacunkiem. Kerr o Popie:

Podpatrywałem go przez lata i już jako trener wykorzystałem przekazaną przez niego wiedzę na swój zespół. Cenię go nie tylko jako przyjaciela, ale przede wszystkim jako niesamowitego specjalistę, podziwiam go.

Podczas jednej z przedmeczowych konferencji prasowych trener Golden State Warriors przedstawił, w jaki sposób przebiegają jego konwersacje z Popovichem:

Niedawno widziałem się z Popem. Jesteśmy świetnymi kompanami. Zawsze zabawnie jest go spotkać przed meczem i uciąć z nim małą pogawędkę. Nazwał mojego syna szpiegiem. Powiedział, że mój syn mógłby pracować w charakterze szpiega dla prezydenta Rosji – Władimira Putina. Tak właśnie prezentują się nasze dialogi.

Ten to ma szyk, ten to ma gest

W kwietniu 2017 roku San Antonio Spurs grali w pierwszej rundzie play-offów przeciwko Memphis Grizzlies. Po przegranym pojedynku w hali FedExForum, Gregg Popovich udał się na kolację do restauracji McEwen on Monroe. Za posiłek zapłacił 800 dolarów, ale nie ta kwota wzbudziła największy podziw. Pop sowicie wynagrodził obsługujących go tego wieczora kelnerów, zostawiając im pokaźną sumę w wysokości 5000 dolarów. To nie pierwszy taki napiwek szkoleniowca ekipy z Teksasu. Rok wcześniej podarował kelnerom okrągły 1000 zielonych. Konkretny napiwek, nieprawdaż? Napiwek – jak sama nazwa wskazuje – powinien zawierać tyle, żeby kelnerowi wystarczyło na browar. Aż stanął mi przed oczami dialog z początkowej sceny z filmu Quentina Tarantino pt. „Wściekłe Psy”. Polecam całość, a póki co obczajcie ten fragment:

Marjanović – samolub

23 marca 2016 roku, Spurs podejmują przed własną publicznością Miami Heat. Kapitalny występ zalicza Kawhi Leonard, autor 32 punktów. Ostrogi wyraźnie pokonują gości 112-88. Jednak to nie Leonard jest bohaterem pomeczowych wywiadów z Greggiem Popovichem, a rookie Boban Marjanović, który uzyskał najlepsze w karierze 19 oczek. Coach Pop w nietuzinkowym stylu, ze specyficznym dla siebie poczuciem humoru, komentuje wyczyn Serba:

To jeden z najbardziej samolubnych graczy, jakich spotkałem w tej lidze. Musi oddać rzut za każdym razem, kiedy dotknie piłki. Uważam, że powinien przeprosić za to swoich kolegów z drużyny. Boban chce tylko znaleźć się w statystykach.

Hack-a-Shaq

Gdy Shaquille O’Neal reprezentował barwy Los Angeles Lakers, trener Gregg Popovich zaczął na nim stosować taktykę „Hack-a-Shaq”. Jaja jak berety miały miejsce po przenosinach O’Neala do Phoenix Suns. Inauguracja meczu w AT&T Center, Shaq wygrywa walkę o pierwsze posiadanie na środku boiska, na zegarze upływa zaledwie pięć sekund, a Michael Finley specjalnie fauluje środkowego Słońc. Gregg Popovich śmieje się od ucha do ucha, unosząc kciuki w górę. Dowcip z dedykacją dla O’Neala od Popa. Wróćże ligo do tych pięknych dni, bym ze śmiechu znowu się popłakał. Wróćże, proszę, ku słowom „Must see!”, do wybitego całkiem z rytmu Shaqa…

Starość w protokole

25 marca 2012 roku Ostrogi odniosły zwycięstwo nad Philadelphią 76ers (93-76). Tym razem ofiarą żartów Asa Wywiadu – że tak pozwolę go sobie nazwać – został Tim Duncan. Protokół przedmeczowy zazwyczaj zawiera nazwiska zawodników, którzy są gotowi do gry oraz tych, którzy są kontuzjowani bądź odpoczywają. Gregg Popovich, wszak wytrawny kawalarz, wpisał przy nazwisku silnego skrzydłowego komunikat takiej oto treści: DND – OLD.

Starość nie radość, młodość nie wieczność, rok nie wyrok, lato nie zima. Upływającego życia nie da się zatrzymać. Gdyby tak można było oszukać czas i znowu poobserwować Tima Duncana w akcji, a nie tylko sięgając po archiwalne materiały wideo. Może nie oddałbym za to wszystkiego, lecz na pewno wiele. Ech, nostalgia… Czego mi brakuje w związku z osobą Tima? Chyba właśnie tego, co uwzględnili w poniższym filmiku Startersi:

Najważniejsza statystyka

We współczesnej historii NBA często ulegamy zachwytom nad bitymi rekordami, wysypom triple-double podczas jednej zarwanej nocy. Sprawdzamy dogłębnie statystyki, analizujemy wspaniałe rywalizacje. Przekraczamy granice kibicowskiego obłędu, i nie ma w tym nic złego. Szybka, small-ballowa ofensywna koszykówka jest przyjemna dla oka. Sam bardzo ją lubię, pomimo nieokiełznanej tęsknoty za twardą obroną lat dziewięćdziesiątych. Za moment ktoś podniesie larmo, że to był brzydki oraz brudny basket. Nie mam zamiaru polemizować. Tak było. Nie wypowiem powtarzanego przez niektórych zdania, że „za moich czasów”, bo po prostu jestem zbyt młody, żeby mieć swoje czasy, choć wielu cudownych – jak i tragicznych – chwil doświadczyłem. Powiem tę frazę o czasie, gdy będę miał na karku pięćdziesiąt wiosen. Wtedy sobie powspominam. Tak czy inaczej – wojna pokoleń trwa. A to, że teraz lepsza NBA, a to że w latach dziewięćdziesiątych. A to że LeBron James lepszy, a to że Michael Jordan. I wszystkie argumenty podparte zdobyczami statystycznymi. Gregg Popovich uznaje tylko jedną statystykę. Należy mu przyznać rację, wcale nie żywnościową. Po prostu gość zyskał mój szacunek następującym stwierdzeniem:

Ten wynik, tam na tablicy świetlnej, po zakończeniu meczu jest bardzo istotny. Nie sądzę, by kiedykolwiek się mylił. Udowodniono, że to najbardziej konsekwentna statystyka.

Zgadza się, trenerze, zgadza się. Na koniec Gregg Popovich i jego najlepsze hity:

Drodzy czytelnicy, kto ma zostać bohaterem następnego Trash Talkera? Shaquille O’Neal czy Shawn Kemp? Na wasze głosy w komentarzach czekam do wtorku wieczorem. Pozdrawiam, życząc Wesołych Świąt Wielkanocnych!

13 Komentarze

  1. Duncan DND-OLD. Padłem ;-D.
    Niech następny będzie Kemp.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Ja też padłem, gdy to odkopałem i nie wstałem do tej pory. 😉
      Ciekaw jestem reakcji oficjeli na tak postawioną przez Popa sprawę. 😀

  2. Ciężki wybór do następnego Trash Talkera.
    Może najpierw jeden potem drugi ?? w kolejności Shaq => Kemp.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Myślałem nad takim rozwiązaniem, ale to się jeszcze okaże. Póki co pozostawiam tę kwestię demokratycznej opinii wyborców. Już nawet prawię jak – Boże uchowaj – polityk. 😀 Policzę Twój głos jako oddany na Shaqa. Pozdrawiam! 🙂

  3. Ja poprosze Kempa

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Prośba została uwzględniona. Dziękuję za głos. 🙂

  4. Dzięki Mateuszu za Trenera. Głos na Kempa.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Nie ma za co, Dawidzie. 🙂

  5. Shaq a pozniej Reignman

  6. Świetny artykuł. Fajnie się czyta ciekawostki o Popie.
    Może być Shaq.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dzięki za opinię. 🙂

  7. Mateuszu, jak zwykle wybornie!
    Ja jestem za Kempem – co z niego za zwierze było! Choć Shaq to jeden z moich ulubieńców all-time 🙂

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Marto, dziękuję za miłe słowo! 🙂
      Tym oto sposobem głos Marty przeważył. Zwycięża Shawn Kemp. 😉

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *