Trash Talker: Stephon Marbury – Wilcze Pożegnanie

Mateusz Połuszańczyk Strona Główna Trash Talker 10

Nasz dzisiejszy bohater wsławił się w świecie koszykówki boiskową niepokornością. Ilekroć dzierżył w dłoniach piłkę, podejmował próby związania obrońców, złamania zapór defensywnych, by wykreować otwartą przestrzeń do rzutu dla swoich kolegów z drużyny. Jeżeli przeciwnicy nie dawali się nabrać na jego sztuczki, punktował samodzielnie. W ataku trudno znaleźć u niego jakiekolwiek słabości. Potrafił dryblować dwoma rękoma, posiadał szybkość i spektakularny wachlarz ruchów, cudownymi podaniami napędzał akcje swojego zespołu, trafiał po koźle, ciskał bombami z dystansu. Może czasami jego selekcja rzutowa pozostawiała nieco do życzenia, ale cóż z tego? Skoro piłka znajduje drogę do kosza, wszystko jest w najlepszym porządku. Swish! Przed państwem – Stephon Marbury.

The Last Shot

Stephon Xavier Marbury przyszedł na świat 20 lutego 1977 roku na nowojorskim Brooklynie. Jego matka, Mabel, pracowała jako przedszkolanka, natomiast ojciec, Don, parał się rozmaitymi zajęciami o podłożu fizycznym, aby wyżywić rodzinę. Stephon miał trzech starszych braci – Erica, Donnie’ego i Normana – oraz dwie siostry bliźniaczki: Marcię i Stephanie. To właśnie Stephanie, wówczas dwunastoletnia dziewczynka, z całych sił uparła się, żeby jej nowonarodzony braciszek nosił imię Stephon. W zamian obiecała, że będzie się nim opiekować podczas procesu dorastania, zdejmując część odpowiedzialności wychowawczej z Mabel. Stephanie była nad wyraz wyrośnięta jak na swój wiek, więc kiedy zabierała Stephona na spacer po sąsiedztwie, ludzie z góry zakładali, że jest jego mamą. Don oraz Mabel spłodzili jeszcze jednego potomka – Mosesa – a ponadto przyjęli pod swój dach osieroconego kuzyna, Jamela Thomasa, który był rówieśnikiem naszego bohatera.

Rodzina Marburych przędła żywot na Coney Island, nieopodal kończących się linii metra na Brooklynie. Dla wielu mieszkańców rozwój był kwestią nieznaną, jakby znajdowali się na ziemi niczyjej, i istniało zaledwie kilka ścieżek, dzięki którym można było się stamtąd wyrwać. Koszykówka stanowiła pewną opcję zabezpieczenia Marburych.

Eric, noszący przydomek „Sky Dog”, grywał na pozycji niskiego skrzydłowego i dwa lata po narodzinach Stephona, otrzymał nawet stypendium sportowe od uniwersytetu Georgii, gdzie szatnię dzielił z nim niejaki Dominique Wilkins. Nie udało mu się ukończyć studiów z dyplomem, a później przeżył ogromny zawód, gdy został odrzucony przez San Diego Clippers. Donnie, nazywany w świecie basketu „Sky Pup”, mierzył 191 centymetrów wzrostu i dysponował znakomitym rzutem. Występując w zespole uczelnianym Texas A&M, był najlepszym strzelcem Southwest Conference w 1986 roku, ale żaden klub nie poświęcił picku na wybór młodziana w drafcie. Norman, pseudo artystyczne „Jou-Jou”, był jednym z najlepszych rozgrywających, jakich kiedykolwiek widziały brooklyńskie ulice. Niestety, jego stypendium na uniwerek Tennessee przepadło, kiedy oblał ustandaryzowany test dla uczniów szkół średnich (SAT). Norman nigdy nie wrócił na właściwe tory.

Cała sztuka koszykarska polegała na tym, żeby uczyć młodszych braci, słabszych ode mnie, aby w przyszłości stali się lepsi niż ja. [Eric Marbury]

Dzisiaj śmiało można powiedzieć, że Marbury mnóstwo koszykarskich cech odziedziczył po braciach. Eric dał mu wytrzymałość i nosa do basketu, Donnie podarował zręczność i zabójczą zdolność do skutecznego wykończania akcji, zaś Norman wręczył umiejętność świetnego panowania nad piłką. Stephon zajumał im talenty, jak w „Space Jam”. Należy też wyróżnić jego ojca, ponieważ to on doskonale go wyszkolił, żeby radził sobie w okrutnych realiach śródmiejskiej koszykówki, ostrożnie zarządzając karierą syna.

Odkąd tylko Marbury zaczął chodzić, nie rozstawał się z piłką, wciąż nią kozłując. Kiedy zasięg jego ramion pozwalał mu dotknąć obręczy, grał na lokalnym boisku do kosza – określonym mianem „The Garden” – i biegał do znudzenia, budując siłę oraz wytrwałość. W wieku dziewięciu lat Stephon urządzał sobie „rzutówki” w okolicach liceum imienia Abrahama Lincolna. Gdy ukończył jedenaście wiosen, uznano go najlepszym zawodnikiem szóstych klas na świecie według rankingu rekrutacyjnego biuletynu „Hoops Scoop”. Mając na karczku szczęśliwą trzynastkę był na tyle dobry, że kiedy odkryto, iż chłopak wślizguje się ukradkiem na obozy treningowe dla koszykarskich prospektów szkół średnich – i nie sposób go przegnać – organizatorzy pozwalali mu grać.

Miałem przewagę dorastając w Nowym Jorku, bez dwóch zdań. Jest wyraźna różnica pomiędzy uprawianiem koszykówki w każdym innym mieście w USA i graniem na ulicznych, nowojorskich boiskach. [Stephon Marbury]

Poza szokującym talentem, Stephon Marbury był zadziorny jak kogucik. Kroczył przez świat, jakby ten należał wyłącznie do niego, domagając się wszystkiego, czego tylko potrzebował i obrażając tych, których uważał za słabych. Podczas meczów ligi młodzieży rzucał niecenzuralnymi epitetami w kierunku szkoleniowców drużyn przeciwnych, żądając od nich, żeby wpuścili na parkiet kogoś, kto będzie mógł mu dorównać. W trakcie spotkań na boisku ulicznym Garden, gdzie tłumy gromadziły się, by zobaczyć go w akcji, był traktowany niczym członek rodziny królewskiej, nawet przez dilerów narkotyków, którzy na co dzień tworzyli grupę trzymającą władzę na osiedlach Coney Island.

Dilerzy narkotykowi nigdy nie nękali Stephona. Oni również pragnęli, żeby osiągnął w koszykówce najistotniejsze laury. [Bobby Hartstein]

Kiedy nadeszła pora, aby wybrać szkołę średnią, Marbury wybrał placówkę im. Lincolna, podobnie jak jego bracia. Pozostałe szkoły w mieście również próbowały go zrekrutować, obsypując go ofertami drogich butów, sprzętu koszykarskiego czy innymi prezentami, często naciskając na ojca naszego bohatera, ale Don wiedział, jakimi prawami rządzą się tego typu negocjacje. Później nestor rodu Marburych utrzymywał swoje stanowisko, gdy odbywały się kolejne licytacje osoby Stephona wśród zespołów AAU. Nie chciał, żeby jego syn stał się tanim produktem czy – jak kto woli – przedmiotem aukcyjnym za śmieszną cenę. Długo odmawiał ludziom basketu, aż w końcu uległ propozycji ekipy Gauchos, których prezesem był Lou D’Almeida. D’Almeida specjalizował się w obejmowaniu zawodników wsparciem, chroniąc ich przed naruszaniem przepisów NCAA, przy czym nie narażał na szwank ich statusu amatora.

Inni trenerzy (akademiccy) byli mniej rozsądni. Pewnego dnia jeden z nich wysłał list rekrutacyjny do Marburych, gdy Stephon uczęszczał do gimnazjum. W tym samym czasie pozostała rzesza zaangażowanych „ulicznych agentów” starała się nakierować zainteresowanie Stephona na ich oferty. Nic z tego, jeszcze nie teraz.

W pierwszym sezonie licealnych rozgrywek Marbury olśnił wszystkich, pokazując umiejętności znacznie powyżej przeciętnej wyznaczonej przez trenera szkolnej reprezentacji –Bobby’ego Hartsteina. Hartstein spędził lato w pocie czoła zabiegając o usługi Stephona, jednak trenerzy innych szkół składali Marburym takie obietnice, że szkoleniowiec nie miał większych szans, aczkolwiek z pewnym atutem reszta nie mogła dyskutować – chodziło o rodzinną tradycję. Marbury przysiągł, że przez całe cztery lata edukacji będzie występował w zespole Railsplitters.

Drużyna szkoły średniej im. Lincolna pokonała bez problemów większość ekip w trakcie kampanii 1992/93, a niekwestionowanymi liderami zespołu byli Stephon Marbury oraz Russell Thomas. Wszystko wskazywało, że nasz bohater jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – najwartościowszym rodowym klejnotem Marburych, nie wspominając o tym, że jednym z najwybitniejszych koszykarskich freshmanów w historii miasta Nowy Jork. Na zajęciach lekcyjnych Stephon przykuwał uwagę, ale jego wyniki w nauce nie stanowiły czegoś, czym mógłby się szczycić. Zważając na to, jak potoczyły się kariery braci Marbury’ego – zwłaszcza Normana – powody do obaw były bardzo duże.

Wracając do debiutanckiego roku, Stephon stał się główną postacią jednego z artykułów w „Harper’s Magazine”, gdzie przedstawiono go jako aroganta o wątpliwych manierach i narcystycznego chama, którego zachowanie zakończy się autodestrukcją. Rodzina Marburych poczuła się urażona słowami autora, Darcy Freya, który także na nich nie pozostawił suchej nitki. Artykuł był zalążkiem narodzin książki pt. „The Last Shot” pióra tegoż pisarzyny. Podobno całkiem niezła pozycja literacka, ale: „Yhym” – chrząknął pod nosem Połuszańczyk. Po czym dodał: „Pożyjemy, zobaczymy”. W każdym razie, reakcja Stephona była zgoła odmienna niż się tego spodziewano. Nagle zmienił się w człowieka skromnego, skoncentrowanego, pewnego siebie profesjonalistę. Przestał wdrażać w życie trash-talking, podchodził poważniej do studiów, a nawet potrafił zaprezentować szerszą perspektywę własnej koszykarskiej kariery.

Podczas pobytu w liceum byłem kimś, kim Michael Jordan jest dla NBA. [Stephon Marbury]

Jego gra ewoluowała do niebotycznych poziomów. Marbury zamknął licealną przygodę z basketem z następującymi średnimi statystycznymi: 28 punktów oraz 9 asyst na mecz. W 1995 roku poprowadził Railsplitters do mistrzostwa Nowego Jorku, czyli dokonał rzeczy, jakiej jego starsi bracia nigdy nie osiągnęli. Przez cały ten okres Stephon był głównym punktem bezgranicznej wojny rekrutacyjnej, której ostatecznym zwycięzcą okazał się uniwersytet Georgia Tech.

O wygranej w wyścigu po Marbury’ego przez trenera Bobby’ego Creminsa zadecydował fakt, że pracował wcześniej z Kennym Andersonem, który występował w barwach Yellow Jackets, zanim podpisał lukratywny kontrakt w NBA. Duże szanse na pozyskanie Stephona miała jeszcze uczelnia Syracuse. Ojciec do spółki z braćmi długo naciskali, żeby Marbury zechciał grać dla Jima Boeheima, który przed laty ukształtował legendę basketu Coney Island – Pearla Washingtona. Występując w hali Carrier Dome, Stephon mógł doświadczyć atmosfery największej i najgłośniejszej widowni w kraju.

Stephon Marbury ma olbrzymi talent. [Bobby Cremins]

Marbury ogłosił swoją decyzję podczas ostatniego sezonu, ale nie podpisał listu intencyjnego do kwietnia. To sprawiło, że Creminsowi i jego sztabowi szkoleniowemu puszczały nerwy, ponieważ dochodziły ich wieści, że chrapkę na Stephona mają też przedstawiciele Fresno State, którzy zatrudnili na stanowisku asystenta trenera Donnie’ego Marbury’ego. Cremins poleciał zatem do Nowego Jorku w celu zdobycia osobistego zabezpieczenia, że Stephon na pewno dołączy do Georgia Tech i pod żadnym pozorem nie wycofa się z danego słowa. Wrócił na kampus uszczęśliwiony, ponieważ Marbury przystał na wszelkie warunki.

Uniwersytecka sinusoida

Latem, zanim Marbury wyjechał na podbój Atlanty, opętały go ponure wizje na temat, co może go czekać. Borykał się z pytaniem: Czy skończę jak moi trzej bracia i nie zrealizuję koszykarskich ambicji? Niebawem do Stephona dotarły tragiczne wieści. Jason Sowell – kolega ze szkoły średniej – zginął od kuli wystrzelonej z broni palnej, niedaleko od miejsca zamieszkania. To było wstrząsająca informacja dla Marbury’ego, lecz życie toczyło się dalej.

Stephon dołączył do drużyny, w której skład wchodzili m.in.: rzucający obrońca Drew Barry (syn Ricka Barry’ego) oraz skrzydłowi Matt Harpring i Michael Maddox. Wraz z Marburym ekipa Yellow Jackets jawiła się jako jeden z głównych pretendentów do triumfu w konferencji ACC.

We wczesnej fazie sezonu 1995/95, Georgia Tech zaliczyli imponujące zwycięstwa przeciwko zespołom uczelnianym Duke, Maryland i North Carolina. Podczas rozgrywek Marbury miewał wzloty i upadki, często w tych samych meczach. Np. w szalonej rywalizacji z Kentucky Wildcats do przerwy uzyskał 17 punktów, ale w drugiej połowie był kompletnie zgaszony. Sytuacja odwrotna miała miejsce w spotkaniu z Duke Blue Devils, w którym po 20 minutach rzucił tylko 4 oczka, by w drugiej części potyczki zdobyć 23 punkty.

Aby grać wydajnie w systemie trenera Creminsa, Stephon musiał zaufać jego planowi. Nierzadko trzeba było zrezygnować z oddania rzutu, mądrze rozprowadzać piłkę po obwodzie, a to nie jego styl, nawet jeśli w końcowym fragmencie rozegrania pomarańczowa przyjaciółka trafiała w jego ręce – zazwyczaj tak było – i miał czystszą pozycję do sfinalizowania akcji. Marbury nieraz wracał do streetballowych ruchów z okresu młodości, kiedy krył go dobry obrońca. Cremins mógł przypominać mu, że koszykówka jest sportem drużynowym, ale gdy głosił kazania o złych aspektach robienia teatru jednego aktora, jego starsi bracia podszeptywali Stephonowi, że to najlepsza droga do zawodowego basketu.

Zaledwie dwa miesiące od rozpoczęcia kariery na boiskach ligi akademickiej, Marbury wysłał rozpętał falę paniki uderzającą w koszykarski program uniwerku Georgia Tech, gdy powiedział reporterowi „Daily News”, że opuści szkołę wiosną, jeżeli tylko otrzyma gwarancję na wybór w drafcie do NBA. Cytowano jego słowa, że liczy na wsparcie ze strony uczelni, w przeciwnym razie będzie musiał kierować się głosem serca.

Zespół Yellow Jackets wygrywał, natomiast Marbury i Barry stworzyli jeden z groźniejszych duetów obrońców w NCAA. Stephon notował średnie statystyczne na poziomie: 18.9 punktu, 4.5 asysty, 3.1 zbiórki oraz 1.8 przechwytu na mecz. To zaowocowało wyróżnieniem dla najlepszego debiutanta konferencji ACC. Rozczarowujący dla Stephona był finał turnieju konferencji, w którym Georgia Tech mierzyli się z Wake Forest z Timem Duncanem na czele. Deacons wypracowali osiemnastopunktową przewagę, jednak świetna forma Marbury’ego (27 punktów) pozwoliła im wrócić do gry. Porażka 75-74 nieco pokopała morale drużyny, lecz nie do tego stopnia, by przestali zwyciężać. Już wtedy Stephonem zachwycał się Doc Rivers:

Marbury jest rewelacyjny. On posiada wszystkie charakterystyczne cechy, które są niezbędne na pozycji rozgrywającego.

W pierwszej rundzie March Madness bez problemu poradzili sobie z Austin Peay (90-79), następnie pokonali Boston College (103-89), ale ich przygodę z turniejem zakończył zespół Cincinnati na etapie Sweet Sixteen (87-70). Po odpadnięciu z NCAA Tournament, nasz bohater zadeklarował udział w naborze do najlepszej koszykarskiej ligi świata. Stephon Marbury został wybrany z czwartym numerem pierwszej rundy draftu NBA przez Milwaukee Bucks, którzy wytransferowali go do Minnesoty Timberwolves m.in. za prawa do Raya Allena.

„Starbury” i La Wilcze Vita

Marbury przybył w progi NBA z przypiętą łatką złego chłopca, buntownika, faceta, który kłapał dziobem, ale przy tym objawił się lidze i kibicom niesamowitymi umiejętnościami koszykarskimi. On sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę:

Nie zrozumcie mnie źle – kocham Jasona Kidda. Jest świetnym rozgrywającym, ale jak mam porównywać siebie z nim, gdy myślę, że jestem najlepszym zawodnikiem grającym w koszykówkę na tej pozycji? To nie ma większego sensu. Nawet on twierdzi, że jestem najlepszy. W sumie od zawsze wiedziałem, że jestem najlepszy i nikt nie musi mi tego powtarzać. Wychodzę na parkiet skoncentrowany, i jeżeli miałbym słuchać jeszcze waszych wszelkich wywodów w tej kwestii, zwariowałbym.

Z czego ja zapamiętam Stephona Marbury’ego w NBA i nie tylko? Z pięknej Wilczej przyjaźni z Kevinem Garnettem i niesamowitej chemii, której nie sposób było nie dostrzec…

…z 50 punktów w barwach New Jersey Nets…

…z 40 oczek przeciwko Los Angeles Clippers…

…z ugotowania San Antonio Spurs w pierwszym meczu pierwszej rundy play-offów 2003…

…z fenomenalnej walki z Rayem Allenem w 2007 roku…

…a także z wymianą uprzejmości z Jimmerem Fredette’em podczas wspólnego spożywania chińszczyzny w Państwie Środka:

Na koniec serwujemy dziesięć topowych zagrań „Starbury’ego”, a jest na czym oko zawiesić:

Trash-Talkerowe pozdrowienie

Drodzy czytelnicy, stanąłem w obliczu jednej z trudniejszych życiowych decyzji, ale wędrówka ścieżkami losu nie zawsze jest usłana różami, pewnie nigdy nie będzie, aczkolwiek chciałbym, żeby Wam się wiodło bez względu na to, w jakim położeniu znajdziecie się w przyszłości. Nadszedł ten moment, którego pragnąłem uniknąć ze wszystkich sił, mianowicie chwila pożegnania z Wami i kolegami oraz koleżanką po piórze, choć z tą ostatnią osobą niezupełnie się żegnam, raczej witam ponownie. Na początek dziękuję serdecznie całej redakcyjnej elicie Labsów, ponieważ bez tej kozackiej paczki nie osiągnąłbym tyle, na ile rzeczywiście mnie stać. Nie opisałbym wielu historii: tych z życia wziętych i zabawnych, tych podsycanych koszykarskim „śmieciowym gadaniem”, tych mających na celu skłonienie do refleksji oraz tych, po których sam myślałem, że postradałem zmysły. Ech, niewykluczone, że tak w istocie się wydarzyło. Jestem ogromnie wdzięczny każdemu, kto zwrócił uwagę na błędy, pochwalił za merytoryczną dyskusję, zganił za nadludzką głupotę, czy napisał, że „Trash Talker” i „Hall Of Famer” to jego ulubione cykle (zwłaszcza, iż stwierdził to prawdziwie i „cynicznie”). Masę inwektyw słyszałem pod swoim adresem, ale żeby od razu „ulubione”? Dzięki, doceniam pogląd, ale jeszcze bardziej uznaję wartość możliwości jego odrzucenia. Żarty na bok, na serio dziękuję.

Pozwólcie, że wrócę do autorów tego serwisu, bo bez dwóch zdań są tego warci. Wizjoner z podejściem do człowieka – Paweł Mocek, współkreatorka opinii publicznej i najlepsza dziennikarka poruszająca tematy basketu w Polsce – Marta Kiszko, wirtuoz słowa dbający o jego formę i poprawność – Majłosz „Captain” G., fantastyczny konferansjer przedmeczowy – Dawid D., facet inteligentniejszy niż cała komisja gier i zakładów – Mr. Central, jego kumpel od „Kufla” – Allan „Big Al” Pudłowski, fanatyk koszykarski w pełnej tych słów definicji – Rafał Polkowski, defensive journalist of all time – Grzegorz Kowalczyk, mój brat z Cleveland, który bez problemu dogadałby się z Ilgauskasem – Mateusz Jakubiak, re-draftowy poeta – Maciej Jaguszewski oraz powiew świeżości na portalu, wspaniale operujący językiem polskim – Sebastian Niedzielski. Załogo, dziękuję.

Ostatnio usłyszałem, że w żadnym zawodzie nie ma tylu bohaterów, co wśród dziennikarzy. Społecznie dziennikarz plasuje się między prostytutką a barmanem, ale moralnie stoi obok Galileusza. Ścierwo, którego boją się wszyscy, większość nienawidzi, natomiast trzy jednostki kochają. Te trzy to: alkohol, pióro oraz pacjenci szpitala dla obłąkanych. Coś w tym jest. Tzn. w tym Galileuszu.

Kochani odbiorcy, podarowaliście mi gigantyczną dawkę pozytywnej energii. Będę tęsknił. Spokojnie, bez obaw, nie zaprzestaję pisać o baskecie, gdyż to niekończąca się opowieść. Spotkamy się jeszcze przy Draft Lottery i Top15 zawodników naboru do NBA. Coś się kroi, właściwie już się skroiło, i to na miarę. Otworzyły się perspektywiczne wrota, a przecież nie zdążyłem zapukać. Wkrótce będziecie wiedzieć, gdzie mnie szukać (może nawet wiecie). Uwaga, proszę zejść z drogi, toczę cytat tytułem puenty. Ktoś mnie zapytał, czy mam wątpliwości? Odpowiadam zatem słowami Stephona Marbury’ego:

Mówiąc w skrócie: kiedy masz wątpliwości, rzucaj. Tak to widzę.

No i rzuciłem. Do zobaczenia na koszykarskim szlaku. Pozdrawiam!

10 Komentarze

  1. Mateusz niesamowicie rozwinales ” pióro ” przez ostatni czas. Świetnie się to czyta- czytało. Szkoda, ale życzę jak najwięcej szczęścia w rozwijaniu pasji

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję za dobre słowo! 🙂 Będę rozwijał pasję pod innym koszykarskim szyldem, ale zawsze z sentymentem wrócę do wspomnień związanych z NBA Labs. Pozdrowienia!

    2. Będzie ciebie tutaj brakowało. Pozdrawiam i życzę sukcesów!

      1. Mateusz Połuszańczyk

        Będę odwiedzał portal od czasu do czasu. Dziękuję, również pozdrawiam! 🙂

  2. Dzięki Mateuszu! Nie miałem okazji… Znaczy miałem, ale dotąd właściwie nie doceniłem, a na pewno warto było… Wielkie dzięki za Raporty, Trasze, Hole i Oczy!!! Moc Pawła i Nbalabs otworzyło mnie najmocniej na kontakt z innymi „pozytywnymi świrami” zafascynowanymi najlepszą ligą koszykówki. Dlatego niezwykle szybko dojrzewających koszykarskich Dziennikarzy na tym portalu będzie mi szczególnie brakować… A Ty jeszcze zapowiedziałeś transfer Marty… Wciąż jestem jeszcze ograniczony facebookowo i przez to nie wiem „o co kaman”, ale Tobie już teraz życzę powodzenia i spełnienia w nowej odsłonie, nawet jeśli przechodzisz na „subskrybencką” stronę mocy 😉

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję serdecznie. Powodzenie na pewno się przyda, a i spełnieniem nie pogardzę. 😉 Że też wspomniałeś „Oko Cyklonu”, bardzo lubiłem ten cykl, lecz – z przyczyn osobistych – nie zdecydowałem się, aby go dalej ciągnąć. Chcąc udoskonalać tzw. „własny charakter pisma”, trzeba chwytać się nowych wyzwań. Jak głoszą słowa porzekadła: „Papier przyjmie wszystko”. Pozdrawiam! 🙂

  3. A można wiedzieć gdzie się tranferujecie?

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Nie mam zamiaru niczego ukrywać. Nasze artykuły można czytać w papierowym magazynie Loża NBA. Jeżeli ktoś chce, zapraszam do zakupu na stronie: https://magazynloza.pl 🙂

  4. Świetny artykuł, bardzo dobry cykl (zresztą nie tylko ten). Bardzo przyjemnie się Ciebie czyta, a właściwie to co napisałeś 😉 Z jednej strony szkoda, że odchodzisz, ale z drugiej strony trzeba się rozwijać. Super, że dostałeś ofertę aby dalej iść w tym kierunku. Pozdrawiam i życzę powodzenia i do następnego artykułu.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Łukaszu, dziękuję za słowa wsparcia. 😉 Również pozdrawiam i… do następnego! 🙂

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *