Trash Talker: Charles Barkley – Człowiek z planety Śmiechu

Mateusz Połuszańczyk Felietony Strona Główna Trash Talker 18

Drodzy czytelnicy, wracam po dość długiej przerwie do redagowania, więc proszę o okazanie wyrozumiałości dla poniższego tekstu. Nie, nie dlatego, bo jest wspaniały. Nie, nie dlatego, że jest kiepski. Po prostu bohater artykułu jest osobą wyjątkowo upierdliwą. Kimś, komu nie warto zaleźć za skórę. Potrafił uczynić z własnej, ojczystej mowy pewnego rodzaju sanktuarium, gdzie spotkamy przenajświętszą trójcę: wyrazisty sarkazm, długowieczny cynizm oraz złotoustą – jak zauważył jeden z Was – ironię w stosunku do otaczającego go świata. Mam zaszczyt przedstawić człowieka, który odmienił oblicze koszykówki pod każdym tych słów znaczeniem. Przed państwem Sir Charles Barkley.

Rozgrywający

Charles Wade Barkley przyszedł na świat 20 lutego 1963 roku w miejscowości Leeds, w stanie Alabama, położonej około 16 kilometrów od Birmingham. Uczęszczał do szkoły Leeds High School. Mierzył 178 centymetrów, przy wadze równej 100 kilogramów. Nie pomagało mu to zbytnio w przebiciu się do pierwszego składu reprezentacji do szkolnej drużyny i – chcąc nie chcąc – musiał się pogodzić z rolą rezerwowego. Jednak Chuckster z perspektywy czasu widział to inaczej:

„Tak naprawdę tamten okres bardzo dobrze wpłynął na rozwój mojej charakterystyki gracza. Jako rozgrywający nauczyłem się świetnego panowania nad piłką, z którego w późniejszych latach kariery koszykarskiej uczyniłem swój atrybut. Będąc na” jedynce”, obserwowałem tych wielkoludów, krążących wokół mnie. Wiedziałem, że gdy tylko podrosnę, trzeba będzie stawić im czoła. Grać tyłem do kosza, kontrolować strefę podkoszową”.

W trakcie lata Charles bardzo urósł, a jego wzrost wynosił już 193 centymetry. Kawał chłopa! Wreszcie doczekał się pozycji startera w szkolnym zespole, gdzie podczas ostatniego roku gry dla Leeds High School notował statystyki na poziomie 19.1 punktu oraz 17.9 zbiórki na mecz, doprowadzając drużynę do bilansu 26-3, a także do półfinałów mistrzostw stanowych. Mimo, że Barkley wykonał nieprawdopodobny postęp, to uczelnie wcale nie garnęły się do składania mu ofert, nie przybywali przedstawiciele najlepszych uniwersytetów w kraju, by proponować stypendia. Do czasu. W okresie świątecznym był rozgrywany turniej, w którym liceum Leeds podejmowało ekipę Huntsville, gdzie występował Bobby Lee Hurt, już wówczas uznawany za najlepszego zawodnika w Alabamie. Barkley wręcz zmiażdżył Bobby’ego na boisku, rzucając 26 punktów, i zbierając 9 piłek z tablic. Rywalizację obserwował asystent Sonny’ego Smitha, trenera zespołu Auburn University. W swoim raporcie z meczu napisał do szkoleniowca kilka słów o Sir Charlesie:

„Grubas, który jest na parkiecie lekki jak powietrze”.

Niedługo po tym trener Smith zaprosił Barkleya na odwiedziny kampusu uniwerku Auburn. Panowie od razu zapałali do siebie sympatią, a Charles podjął decyzję o kontynuowaniu nauki właśnie tam. Lecz przed jego oczami leżał wyłącznie jeden cel, wyśniony, wymarzony, czyli rozwój koszykarski i gra w NBA. Jest jeszcze jeden niezwykle ważny – znając Chucka bardzo możliwe, że najistotniejszy – czynnik, który skłonił go do wyboru właśnie tej uczelni…

„Gdy Auburn próbowało mnie przekonać do wybrania ich uniwersytetu, zabrali mnie do baru ze striptizem, a kiedy zobaczyłem cycuszki panny Buffy, wiedziałem, że Auburn spełniało moje naukowe wymagania w stu procentach”.

Barkley na kampusie

Chłopak z Leeds nie lubił, gdy ktoś mówił mu jak ma postępować, dlatego czynił dokładnie odwrotnie niż radził mu trener. W meczach potrafił dawać z siebie sto dziesięć procent, a na treningach często się obijał. Pewnego razu Smith nie mógł już wytrzymać jego pasywności podczas ćwiczeń i wrzasnął: „No zróbże coś wreszcie!”. Charles nie pozostał obojętny na te słowa i zbierając piłkę złapał za obręcz, po czym wyrwał ją z tablicy. Wedle życzenia – coś zrobił.

„Myślę, że to był przejaw niedojrzałości. Widziałem jego wielkość i po prostu chciałem ją z niego wydobyć. On w jednym meczu potrafił przyćmić Mela Turpina i Sama Bowiego z Kentucky, a w kolejnym w ogóle nie istnieć. Tracił koncentrację, łapał głupie faule i gubił piłkę. Barkleya traktowałem najsurowiej spośród wszystkich zawodników, których przyszło mi trenować. Z perspektywy czasu sądzę, że może zbyt surowo” – wspomina Sonny Smith.

Barkley sprawiał ogromne problemy wychowawcze, spierając się wciąż z trenerem Smithem. Aniołem stróżem naszego bohatera był w spornych sytuacjach Roger Banks, pełniący funkcję asystenta szkoleniowca Tigers. Właściwie tylko on był w stanie zapanować nad krnąbrnym zawodnikiem. Pewnego razu zauważył, że Chuck ma niemałe problemy ze zbieraniem piłek. Niewiarygodne, prawda? Gość, który podczas kariery spędzonej na parkietach NBA zebrał aż 12546 piłki nie potrafił zbierać. A jednak! W końcu Banks wyjaśnił mu, w czym leży kłopot:

„Nic dziwnego, że słabo ci idą te zbiórki. Skończ z boksem i skoncentruj się na tej cholernej piłce. Wciąż ją atakuj. Gdybyś cały czas blokował, to pięć zbiórek na mecz byłoby dla ciebie wystarczające, ale my nie ściągnęliśmy cię po to, żebyś notował po pięć zbiórek”.

Nauka nie poszła w las. Chuck przez dwa lata z rzędu był najlepszym zbierającym konferencji SEC, ale jego drużyna ani razu nie zdołała awansować do turnieju NCAA. Dopiero podczas ostatniego roku Tigers zajęli drugie miejsce w tabeli konferencji, legitymując się bilansem 20-11 i znaleźli się w marcowej drabince turnieju. Łatwo nie przyszło, łatwo poszło. Auburn University odpadli już w pierwszym spotkaniu, ulegając ekipie Richmond 72-71, choć to oni byli faworytami tego pojedynku. W trakcie kariery akademickiej Charles Barkley zaliczał się do najlepszych zawodników podkoszowych swojego pokolenia, rzucając średnio 14.1 punktu ze skutecznością 62.6% z gry oraz notując 9.6 zbiórki i 1.7 bloku. Sir Charles został wybrany z piątym numerem pierwszej rundy draftu NBA w 1984 roku przez Philadelphię 76ers.

Ulice Filadelfii

Ten fragment opowieści o Barkleyu jest dla mnie wyjątkowy. Nie, nie ze względu na jakąś wyjątkową sympatię do miasta Rocky’ego Balboy (chociaż… może trochę). Nie, nie dlatego, że przesadnie kibicuję Sixers, aczkolwiek w tym sezonie jest na co popatrzeć. Po prostu lubię dobrą muzykę i gdy słyszę „Filadelfia”, myślę „Bruce Springsteen”. Wprawdzie, utwór ujrzał światło dzienne aż dziewięć lat po tym jak Szóstki wydraftowały Charlesa, ale zawsze chętnie do niego wracam. Zresztą, Bruce nawet otrzymał Oscara właśnie za tę cudowną kompozycję, która stanowiła motyw przewodni obrazu filmowego „Filadelfia”. Dobra, zapędziłem się w te rejony, których póki co nie będę ujawniał. Może przy okazji następnego Trash Talkera, ale to będzie zależało od Was, drodzy odbiorcy. Wracając do naszego bohatera – dołączył z miejsca do ekipy naszpikowanej weteranami, takimi jak Julius Erving, Maurice Cheeks czy chociażby świętej pamięci Moses Malone. Pozwolę sobie przypomnieć, że w 1983 roku Szóstki święciły sukces, jakim było Mistrzostwo NBA i sweep w finałach z Los Angeles Lakers. Uczyć się od Malone’a? Być jego protegowanym? To zapewne czysta przyjemność. W 1986 roku – tuż po wymianie Mosesa Malone’a do Washington Bullets – na dobre przejął rolę pełnoprawnego lidera zespołu. Podczas swojego ośmioletniego pobytu w Filadelfii sześciokrotnie awansował do fazy pucharowej, lecz tylko raz dotarł z 76ers do finałów konferencji wschodniej. Miało to miejsce w 1985 roku, kiedy to Szóstki w pierwszych dwóch rundach bez problemu rozprawiły się odpowiednio z Washington Bullets (3-1) oraz Milwaukee Bucks (4-0). Niestety, na drodze do NBA Finals stanęli im Boston Celtics, gdzie prym wiódł Larry Bird. Następnie, w 1992 roku, otrzymał powołanie do reprezentacji USA na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Tam też rozkwitła jego przyjaźń z Michaelem Jordanem. Obaj uwielbiali swoje towarzystwo, tak jak kochali zdobywać się na mnóstwo wzajemnych słów aprobaty. Barkley powiedział kiedyś o „His Airness”:

„On jest cholernie czarny, a jeszcze dodatkowo nie należy do najprzystojniejszych facetów na świecie. Dlaczego wszystkie kobiety uważają inaczej? No cóż, gdyby Michael Jordan był tylko pieprzonym hydraulikiem, żadna laska nie chciałaby się umówić z nim na randkę. Ale jest tak, że każdy koleś, który ma na koncie 500 milionów dolarów, wygląda na przystojniaka”.

17 czerwca 1992 roku Charles Barkley stał się elementem wymiany pomiędzy Philadelphią 76ers a Phoenix Suns, na mocy której Chuck powędrował do Phoenix, zaś szeregi drużyny ze stanu Pensylwania zasilili Tim Perry, Jeff Hornacek oraz Andrew Lang. Co do przyjaźni na linii Barkley-Jordan – jeszcze do niej wrócimy.

Pod słońcem Arizony

Przeprowadzka na Zachód miała mu dać możliwość walki o wymarzone mistrzostwo NBA, a w osiągnięciu celu pomocą służyć chciała bardzo zwarta brygada, z takimi koszykarzami w składzie jak: Dan Majerle, Kevin Johnson, Richard Dumas, Tom Chambers czy Danny Ainge. Już na pierwszej konferencji prasowej „The Round Mound of Rebound” dał wszystkim jasno do zrozumienia, że jest graczem kontrowersyjnym i nie powinno się brać z niego przykładu:

„Nie uważam, że zawodowi sportowcy powinni być wzorami do naśladowania. To rola rodziców. Teraz nie jest tak jak było, kiedy ja dorastałem. Wówczas mama i babcia wszystko mi tłumaczyły, a jeśli coś mi się nie podobało, to powtarzały: „nie pozwól wywalić się za drzwi”. Rodzice powinni mieć większą kontrolę nad życiem swoich dzieci”.

Phoenix Suns zakończyli rozgrywki sezonu zasadniczego na pierwszym miejscu konferencji zachodniej z najlepszym bilansem w lidze 62-20. Przeprawa przez fazę pucharową wcale nie należała do łatwych. W pierwszej rundzie Słońca okazały się lepsze od Los Angeles Lakers (3-2), w drugiej pokonali San Antonio Spurs (4-2), zaś w finałach konferencji po morderczej walce uporali się z Seattle Supersonics (4-3). Pierwszy – i jak się później okazało jedyny – występ Charlesa w NBA Finals doszedł do skutku. Tam na drużynę z Arizony czekała ekipa Chicago Bulls z Michalem Jordanem na czele, która pozbawiła ich złudzeń, wygrywając całą serię 4-2. Oczywiście losy rywalizacji nie przebiegały wyłącznie pod dyktando Byków. Dwa pierwsze mecze na parkiecie Suns zakończyły się triumfami po ciężkich bojach (100:92, 110:108), trzecie spotkanie, zgarnięte przez Phoenix, obfitowało w trzy dogrywki (129:121), a Game 4 (55 oczek Jordana, triple-double Barkleya) i Game 5 też mieściły wyniki w zaledwie 10 punktach. Kiedy wydawało się, że w meczu numer sześć wszystko idzie po myśli Charlesa i spółki, Bulls zaczęli trafiać ważne rzuty. Ten najistotniejszy był dziełem Johna Paxsona, który celnie przymierzył zza łuku na 3.9 sekundy przed upływem regulaminowego czasu gry, dając Chicago zwycięstwo. Chociaż równie decydującą rolę odegrał Horace Grant, blokując w ostatniej akcji meczu Kevina Johnsona. Te finały przeszły do historii jako jedne z najwspanialszych w dziejach NBA. Starcie dwóch indywidualności będących u szczytu kariery – Michaela Jordana i Charlesa Barkleya – przyniosło mnóstwo efektownych pojedynków i nadzwyczaj wysoki poziom. Ciekawostką jest fakt, że w pięciu meczach z sześciu rozegranych korona zwycięzców zdobiła głowę gości, ale królewskie pierścienie były przeznaczone tylko jednemu władcy i jego świcie – Michaelowi Jordanowi.

Chukster był zawodnikiem Słońc do 1996 roku. Wtedy został wymieniony do Houston Rockets, którzy w zamian wysłali do Phoenix: Sama Cassella, Roberta Horry’ego, Marka Bryanta i Chucky’ego Browna. W barwach Rakiet podjął ostatnią próbę zdobycia mistrzostwa ligi, mając u boku Hakeema Olajuwona oraz Clyde’a Drexlera. Nie ma co, ładnie przedstawił się teksańskiej publiczności. Wdał się w bójkę z Charlesem Oakleyem w przedsezonowym meczu, za co został ukarany zawieszeniem na jedno spotkanie i grzywną w wysokości pięciu tysięcy dolarów. Ale gdy nadszedł jego debiut, zanotował rekord kariery pod względem piłek zebranych pod tablicami. 33!

Houston Rockets zaliczyli świetny sezon regularny, kończąc go na trzeciej lokacie na Zachodzie (57 zwycięstw, 25 porażek). Następnie szybko odprawili z kwitkiem Minnesotę Timberwolves (3-0) w pierwszej rundzie play-offów, w półfinałach wygrali serię z Seattle Supersonics (4-3), by pożegnać się ze snami o mistrzostwie na etapie finałów konferencji, gdzie ograła ich drużyna Utah Jazz (4-2). W późniejszych latach nie było mowy o podobnym sukcesie. Charles Barkley zakończył karierę w 2000 roku, będąc zawodnikiem Rockets.

Trash-talking w najlepszym wydaniu

W dzisiejszych czasach często obserwujemy graczy, którzy są karani za błahostki, a to faulem technicznym, a to wyrzuceniem z parkietu. Czasem odnoszę wrażenie, że współczesna NBA zakazuje nawet spojrzeń, nie mówiąc już o współzawodnictwie słownym lub drobnych, wręcz nieśmiałych przepychankach. Chcecie zobaczyć prawdziwych trash-talkerów w akcji? Otóż, mam okazję ich Wam zaprezentować. Właściwie poniższy filmik je zaprezentuje. Obiecałem wrócić do kwestii przyjaźni na linii Barkley-Jordan? Zatem obietnicę spełniam. Bo przyjaciel przyjacielem, ale męska gra ma być twarda. Łokcie, barki, nie zamykające się gęby. Trzeba było być człowiekiem ze stali, posiadającym cholernie mocną psychikę. Enjoy!

Sprawa Barkley kontra Bavetta

Robienie sobie jaj zawsze leżało w naturze Barkleya. Chyba nikt w historii NBA – pomijając Shaqa O’Neala – nie był tak zabawny jak Sir Charles. Historia sprawy Barkley kontra Bavetta sięga sezonu 2006/07, kiedy to nasz bohater komentował jeden z pojedynków sędziowanych przez legendarnego Dicka Bavettę. Podczas transmisji Chuck wciąż docinał arbitrowi z 32-letnim stażem w NBA:

„Tacy starcy nie powinni już sędziować. Dick Bavetta wraz z Mojżeszem doprowadził do rozstąpienia się wód Morza Czerwonego. Gdy ten sędzia był mały, jeździł dyliżansem. Będę sobie z niego żartował, bo on cierpi na demencję starczą, więc i tak pewnie nie dosłyszy. Mógłbym wejść w tej chwili na parkiet i biegałbym szybciej od Bavetty. Stawiam 10 tysięcy dolarów na cele charytatywne, jeśli on okaże się ode mnie lepszy w wyścigu z jednego końca boiska na drugi. Nie ma mowy, żeby 67-latek mnie wyprzedził”.

Co wydarzyło się kilka dni później? Otóż, wyszło na jaw, że Bavetta jednak dosłyszał. Przyjął wyzwanie Barkleya, proponując żeby wyścig odbył się w Las Vegas, w dniu poprzedzającym All-Star Game. Dystansem, który mieli pokonać obaj panowie, było boisko do koszykówki, a stawką pięć tysięcy dolarów. Triumfator biegu mógł wybrać cel dobroczynny, albo fundację, gdzie powędrują pieniądze.

Sprawa szybko trafiła na medialną wokandę, rozprzestrzeniając się po Ameryce z prędkością śmiercionośnego wirusa, tyle że w tym przypadku można było umrzeć ze śmiechu. Naturalnie nie obyło się bez komentarzy wokół zamieszania spowodowanego ciętym językiem Charlesa.

Kenny Smith mówił:

„Gdyby panowie ścigali się na 100 jardów, to Charles nie ukończyłby biegu, bo to dla niego za daleko. On na pewno zacznie symulować jakąś kontuzję nogi, kiedy dostrzeże, że staruszek Bavetta jest od niego szybszy”.

Kevin Garnett powtarzał:

„Charles – nie ma mowy, żebyś nadal nas krytykował, jeśli przegrasz wyścig z sędzią. Wiem, że cały czas narzekasz na mnie, na Minnesotę – to wszystko jest OK. To super, że się znasz na koszykówce. Ale jeżeli nie będziesz w stanie wygrać z sędzią, to nie chcę już więcej słyszeć ani słowa krytyki. Ani słowa!”.

Trener Toronto Raptors – Sam Mitchell – obstawiał wygraną sędziego:

„Gdyby to były zawody w jedzeniu, Charles na pewno by wygrał. Ale w sprincie stawiam na Dicka. Barkley wprawdzie ostrzegał, że pójdzie na siłownię i będzie trenował. Lecz wytrzymał tylko kilka godzin i wyszedł”.

A Dick Bavetta? Wypowiadał się ze stoickim spokojem, odwołując się do historii i słynnych dawnymi czasy wyścigów konnych:

„Jeśli miałbym nasz wyścig do czegoś porównać, przychodzi mi do głowy pojedynek War Admiral kontra Seabiscuit. Charles to niepokonany War Admiral, ja to Seabiscuit – jestem mały, śmiesznie biegam, robię szalone rzeczy. To on jest faworytem. Mi pozostaje być tylko pokornym i skoncentrowanym”.

Losy pojedynku rozstrzygnęły się na korzyść Chuckstera, który tuż po zakończeniu pojedynku biegowego podszedł do Dicka Bavetty i ucałował go prosto w usta. Wszystko oczywiście miało stosowną oprawę. Ernie Johnson zapowiadający konkurentów niczym Michael Buffer, dawka dobrego humoru, przekraczająca momentami dozwolone granice. Dramaturgia godna Alfreda Hitchcocka, gdy Barkley próbował oszukać system i był łapany na falstarcie, a chwilę po ukończeniu wyścigu dostał zadyszki, nie potrafiąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. To był chyba pierwszy taki moment w karierze naszego bohatera, gdzie zabrakło mu języka w gębie, aczkolwiek w końcu „The Round  Mound of Rebound” podziękował rywalowi, wymienili się uprzejmościami, a Charles zaznaczył, że Dick Bavetta jest jednym z jego ulubionych ludzi w NBA. Amerykanie kochają takie historie, my również je kochamy. Jesteśmy pełni uznania. I chociaż od tamtego wydarzenia minęła już ponad dekada, chciałbym powiedzieć tylko dwa słowa: Brawo, panowie!

Lonzo Ball? Zbyt łatwe!

Nie jest żadną tajemnicą, że Lonzo Ball póki co nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Być może oczekiwania względem jego osoby przerosły możliwości młodego rozgrywającego, zaś zderzenie z profesjonalnym basketem na poziomie NBA stanowi dla byłego gwiazdora UCLA zbyt wielki ciężar natury psychicznej. Tak czy inaczej – Sir Charles Barkley został zapytany o zawodnika wybranego z drugim numerem w pierwszej rundzie tegorocznego draftu. Według niego wszystko jest jasne:

„Lonzo Ball to miły dzieciak. Myślę, że w przyszłości może stać się świetnym zawodnikiem. Niestety, problemem jest jego ojciec. Gdyby dzisiaj przyszło mi grać przeciwko Los Angeles z Ballem w składzie, trash-talking nie stwarzałby dla mnie przeszkody. Podczas meczu cały czas mówiłbym o jego ojcu, siedziałbym w głowie Lonzo. Rozmontowanie psychiki tego młokosa to zbyt łatwe zadanie. To co robi jego staruszek, nakładając na niego dodatkową presję, na pewno mu nie pomaga. Wyolbrzymianie w mediach wartości syna, tanie gadanie o tym, jak to Lonzo niebawem stanie się lepszy od wszystkich w lidze. LaVar nigdy nie grał w poważną koszykówkę, a teraz jest specem od kiepskiego kreowania wizerunku syna do tego stopnia, że wkrótce każdy zrazi się do rozgrywającego Lakers. Należałoby nie podsuwać Ballowi seniorowi mikrofonu. Do tego czasu Lonzo musi się pogodzić ze swoją rolą maskotki tatusia”.

Trudno się nie zgodzić ze słowami Barkleya. Lonzo Ball ma przed sobą świetlaną przyszłość, jest tylko jedno „ale”. Ojciec nie może ingerować w jego życie, zarówno te publiczne, jak i sportowe. Tym bardziej, że rozgrywający Lakers sprawia wrażenie skromnego człowieka, bez zbędnego parcia na szkło. Przypomina mi to nieco historię związaną z Agnieszką Radwańską. Ojciec trenował ją przez większość kariery, od dziecka po występy w tourze WTA. Pewnego dnia Agnieszka w końcu pojęła, że nie osiągnie lepszych wyników pod wodzą własnego taty, a jego miejsce na stanowisku szkoleniowca zajął Tomasz Wiktorowski. Pan Radwański nie dawał jednak za wygraną i niepotrzebnie udzielał się w mediach, psując – bardzo możliwe, że nieświadomie – image córki. Ta zareagowała natychmiastowo, dementując wszystkie opinie generowane przez ojca. Odcięła się i zaczęła sama tworzyć swój obraz medialny. Podobnie powinien postąpić Lonzo Ball. Oby tak uczynił, bo słowa Sir Charlesa bywają prorocze, a nie chcemy, żeby talent byłej gwiazdy UCLA poszedł w zapomnienie i utkwił w niebycie.

Sir Charles Barkley – dzieła wybrane

Nie sposób spamiętać wszystkie sytuacje z niezwykle bogatego życia Charlesa Barkleya, bo było ich tyle, że głowa mała. Dlatego poniżej prezentujemy państwu najlepsze wypowiedzi tegoż jegomościa. Przyjemnej lektury!

Po zakończeniu kariery:

„Jestem tym, czego potrzebuje Ameryka – kolejnym bezrobotnym czarnym”.

Ernie Johnson: Czy byłeś rozpoznawany w Południowej Dakocie?”.
Charles: „Tak. To było proste, bo byłem jedyną ciemnoskórą osobą. Gdy szedłem ulicą, ludzie mówili „O, znowu idzie”. A gdy wracałem tam rok później, mówili „Ludzie, on wrócił”.

Po tym jak Peja Stojakovic wygrał konkurs rzutów za 3 punkty:

„Kenny powiedział, że to będzie międzynarodowy wieczór. Ja jestem ciekaw, kto z naszych międzynarodowych braci wygra konkurs wsadów”.

O śledztwie w sprawie Enronu:

„Prawie wszyscy politycy brali pieniądze od Enronu, a teraz to oni przeprowadzają przesłuchania. To tak jakby O.J. Simpson sądził Rae Carrutha”.

Ernie: „Auburn to całkiem dobra szkoła. Domyślam się, że żeby ją ukończyć musiałeś ciężko pracować i maksymalnie się przykładać”.

Charles: „20 punktów i 10 zbiórek wystarczyło”.

Ernie: „Skończyłeś Auburn?”.

Charles: „Nie, ale pracuje dla mnie kilka osób, które skończyły”.

Ernie Johnson o Reggiem Evansie, który w jednym z meczów złapał za krocze Chrisa Kamana: „Dał się przyłapać z ręką w słoiku z ciasteczkami”.

Charles:Ernie, nie wiem skąd ty bierzesz ciasteczka, ale reszta z nas nie bierze ich stamtąd”.

O tym, że jego 17-letnia córka jeszcze nie chodzi na randki:

„I dzięki Bogu. Mam nadzieję, że nie zacznie, dopóki nie przyjmą mnie do Galerii Sław. W ten sposób nie będę miał na koncie morderstwa, gdy będą mnie zapraszali”.

Kenny Smith: „Są gracze z Ameryki, którzy lecą do Europy i grają zagranicą, i dominują!”.

Charles: „Nazywa się ich „bracia”.

Podczas transmisji, po zablokowaniu rzutu jednego z zawodników:

„Musi zagrać mocniej. To było jak przyjście z mlekiem do baru”.

Barkley o tym, że Turner Sports przyjmowało zakłady dotyczące jego wagi:

„To zaczyna mnie ranić. Nie mam nic przeciwko chudym ludziom robiącym sobie ze mnie żarty, wszyscy to robimy, ale nie chce, żeby grubi ludzie sobie ze mnie żartowali”.

Przed meczem Dream Teamu z Angolą, Barkleya zapytano, co sądzi o tej reprezentacji, odpowiedź:

„Są w poważnych tarapatach”.

Barkley o planach przejścia na emeryturę przed rozpoczęciem sezonu:

„Pamiętam, że usiadłem z przedstawicielami Rockets i rzekłem: „Zamierzam zakończyć karierę”. Oni rzucili propozycję: „A my zamierzamy ci dać 9 milionów dolarów”. Odpowiedziałem: „Ma ktoś z was długopis?”.

Po tym jak Kevin Garnett rzucił piłkę w trybuny i został wyrzucony z boiska, pokazano ujęcie mężczyzny, który został nią trafiony, opuszczającego halę na noszach i jego płaczącą córeczkę. Barkley tak to skomentował:

„Wiecie dlaczego ta mała dziewczynka płacze? Bo myśli: „Mój tata to cienias”.

Barkley do Erniego Johnsona i Kenny’ego Smitha, jedzących w jego obecności pączki Krispy Kreme:

„Obydwaj pójdziecie za to do piekła. Pójdziecie do piekła z biletem w pierwszej klasie. To tak traktujecie swojego kolegę? Przecież Krispy Kreme to największy wynalazek w dziejach ludzkości, szczególnie gdy są ciepłe. Jesteście okrutni”.

Po tym jak na ekranie wyświetliło się zdjęcie Sama Casella:

„E.T. phone Home”.

Oglądając materiał o pewnym Australijczyku, który wyłożył na stół rubiny warte milion dolarów:

„Cholera, w Australii chyba nie ma żadnych czarnych. Nie można się tak obnosić z wartą milion biżuterią”.

Zapytany, czy był kiedyś w biurze gubernatora w Montgomery, powiedział, że nie:

„Nie wpuszczają zbyt wielu czarnych do rezydencji gubernatora Alabamy. Tylko tych, którzy sprzątają”.

O celu jaki przyświecał Dream Teamowi przed meczem z Panamą w Turnieju Ameryk:

„Odzyskać Kanał”.

Do Kenny’ego Smitha:

„Hakeem Olajuwon nigdy nie skopał twojego tyłka, bo byłeś zbyt blisko, całując jego”.

O Hanno Mottoli, pierwszym graczu NBA z Finlandii:

„Oczywiście, że jest pierwszym graczem NBA z Finlandii, to w ogóle jedyny mieszkaniec Finlandii”.

O otyłym Oliverze Millerze:

„Nie jest w stanie nawet doskoczyć do obręczy, jeśli nie leży na niej Big Mac”.

O koszykarzach North Carolina, którzy spudłowali 22 z ostatnich 23 rzutów w przegranym meczu z Georgetown:

„Stevie Wonder trafiłby jeden z 23 rzutów”.

O zawodnikach Portland Trail Blazers, którzy serwowali posiłki z okazji Święta Dziękczynienia (w czasach, gdy byli uznawani za najbardziej parszywy skład w lidze):

„Pomiędzy aresztowaniami zajmują się pracami społecznymi”.

Do swojego kolegi z Rockets, ważącego ponad 140 kilo Stanleya Robertsa:

„Wiesz Stanley, mógłbyś być świetnym graczem, gdybyś nauczył się dwóch słów: jestem najedzony”.

O Meczu Gwiazd:

„Cholera, w całym kraju nie ma więcej niż piętnastu czarnych milionerów, a połowa z nich jest w tym pokoju”.

O Jerrym Krause, który długo utrzymywał się na stanowisku generalnego menadżera Chicago Bulls:

„Jerry Krause musi mieć zdjęcia żony swojego szefa, uprawiającego seks z małpą”.

Po tym jak wyrzucił mężczyznę przez okno z pierwszego piętra baru, Barkley stanął przed sądem. Sędzia ogłaszając werdykt – karę grzywny i prace społeczne – zapytał Sir Charlesa, czy żałuje swojego czynu. Odpowiedź:

„Tak, żałuję, że nie byliśmy na wyższym piętrze”.

W czasie zwycięstwa Dream Teamu nad Angolą (116:48), Barkley wdał się w przepychankę z jednym z przeciwników. Po meczu opisywał to zajście:

„Jeśli ktoś mnie uderzy, zawsze oddaję”.

Pozostałe teksty Sir Charlesa:

„Słyszałem, że Tonya Harding nazywa się Charlesem Barkleyem łyżwiarstwa figurowego. Zamierzałem ją pozwać za zniesławienie mojego dobrego imienia, ale potem sobie uświadomiłem, że nie mam dobrego imienia”.

„Tak Ernie, to się nazywa obrona. Oczywiście sam bym się tego nie domyślił, o jej istnieniu dowiedziałem się pocztą pantoflową”.

Kiedy poszedłem do college’u, ludzie z którymi się zadawałem pracowali na stacji benzynowej i głosowali na Demokratów. Dziś wciąż pracują na stacji i głosują na Demokratów. Wygląda na to, że Demokraci niewiele dla nich zrobili”.

Nigdy nie kupiłbym mojej dziewczynie zegarka… już ma jeden, nad kuchenką”.

„Zawsze mnie bawi, gdy ludzie pytają mnie o techniki zbierania piłki. Mam jedną technikę. Nazywa się: złap tę cholerną piłkę”.

„Wiedziałem tylko, że tak długo jak będę przewodził uniwersyteckiej Southeastern Conference w zdobytych punktach, moje oceny będą w porządku”.

To dobrze, że Celitcs znów radzą sobie dobrze. Gdy ja grałem to była wielka frajda pojechać na mecz do Boston Garden, gdzie na ciebie pluto, rzucano przedmiotami i rozmawiano o twojej matce. To było jak kolacja w domu Kenny’ego Smitha”.

„Myślę, że drużyna, która wygra mecz numer pięć, wygra tę serię. Chyba, że my przegramy mecz numer pięć”.

„Ludzie za wszystko obwiniają Clintonów, za każdą rzecz na tym świecie. Ja uważam, że Bill Clinton jest też odpowiedzialny za zabójstwo JFK”.

„Wiem dlaczego nazywa się DMX. Bo ma na imię Earl. Wyobrażacie sobie, gdyby był raperem Earlem?”.

„Jeśli ktoś mówi o dziewczynie, że ma wspaniałą osobowość, jest brzydka. Jeśli ktoś mówi o zawodniku, że ciężko pracuje, jest beznadziejnym graczem”.

„Pracujemy w biznesie kopania tyłków i biznes idzie bardzo, bardzo dobrze”.

„Za każdym razem, gdy myślę o zmianie pieluchy, biegnę jeszcze mocniej i jeszcze szybciej, by być pewnym, że będzie mnie stać na nianię, dopóki moja córka będzie wystarczająco duża, by sama sobie poradzić’”.

„Musiałem wytłumaczyć mojej córce dlaczego ta maszkara – Monica Lewinski – ma godzinny program o sobie na HBO”.

„Można mnie kupić. Gdyby zapłacili mi wystarczająco dużo, mógłbym pracować dla Ku Klux Klanu”.

„Trzeba wierzyć w siebie. Ja uważam, że jestem najprzystojniejszym facetem na świecie i prawdopodobnie mam rację”.

„Nikogo nienawidzę, przynajmniej nie dłużej niż przez 48 minut i ewentualną dogrywkę”.

„Lepiej żebyśmy nie komentowali dzisiaj meczu Byków. Człowieku, oni ssą! Kupa dzieciaków ze szkoły średniej z 70-milionowymi kontraktami. Nienawidzę swojej matki, że urodziła mnie tak wcześnie”.

„Można mówić nie wymawiając ani słowa. Nigdy nie będę tego typu osobą”.

Drodzy czytelnicy, kto ma zostać bohaterem następnego Trash Talkera? Allen Iverson czy Drażen Petrović? Na wasze głosy w komentarzach czekam do poniedziałku wieczorem. Pozdrawiam!

18 Komentarze

  1. Drażen. Jakoś Iverson nie był moim ulubieńcem

  2. Charles to wspaniala osobowosc. Super artykul. Ja glosuje na Allena.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję. Charles to istota jedyna w swoim rodzaju. Drugiego takiego nie uświadczysz. 🙂

  3. A.I. prosze…juz dlugo na niego czekam i doczekac sie nie moge…dzieki za bardzo dobra robote.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Przyjemność tworzenia po mojej stronie. 🙂 Ja też optuję za Iversonem i kontynuacją tekstu o Filadelfii. 😉

  4. allen iverson

  5. Brawo Mateusz, pełen szacun za taki tekst.

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Dziękuję za słowa uznania i polecam się na przyszłość. A Twój wybór do następnego Trash Talkera to… ? 😉

  6. Dzięki za poprawę humoru. Młodość tutaj rządzi i chyba będzie Iverson, ale ja zdecydowanie za Drażenem.

  7. Obaj, jeden po drugim.

  8. Nie wiedziałem, że Drażen zaliczał się do kategorii „Trash talkers”. Chętnie bym o tym poczytał, ale skoro masz flow na Filadelfię – AI!

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Też się zdziwiłem, ale skoro Reggie Miller go za takiego uważał, to coś musi być na rzeczy. 😉

  9. Fajny tekst, jedna uwaga powinno być Chuck nie Chuk. Poproszę Practice 😉

    1. Mateusz Połuszańczyk

      Mój błąd, już poprawione. Dziękuję za czujność! 😉

  10. Matuszu tak jak podejrzewałem poleci Iverson (chociaż ledwo co powstrzymuje się przed założeniem odrębnych kont i oddawaniem głosów na Petrovica), proszę nie zapomnij o Drażenie w kolejnych odcinkach do głosowania.

  11. Bardzo ciekawy art. A teksty sir Charlesa to prawdziwe perełki, szkoda że u nas nie ma takich komentatorów.
    Ja oddaję głos na jeszcze lepszego gadułę i cytaty z serii tako rzecze Shaq.

  12. Pingback:Trash Talker: Shaquille O'Neal - Dominujące Poczucie Humoru - NBA Labs – strona o koszykówce NBA. Wyniki, aktualności, relacje i analizy.

Twój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też...
Tank ranking – vol. 2 – mamy nowego „lidera”!
Minął kolejny miesiąc a czołowa czwórka rankingu jak liderowała tak lideruje dalej, tyle, że w ...